poniedziałek, 2 grudnia 2013

"Moje życie upływało pod znakiem książki."("Moje życie z książką" Z.Rabska)


Tę podróż zapamiętam do końca życia. Wędrowałam po Warszawie międzywojennej, Paryżu, Londynie, Brukseli, Zakopanem. Na każdym kroku spotykałam znanych autorów tamtego okresu, bibliofilów, znawców, pasjonatów. Jednak najważniejsze były one  - książki.

Zuzanna Rabska była poetką, pisarką, jednak przede wszystkim bibliofilką. Wychowana w domu pełnym książek, w miłości do książek, całe życie spędziła czytając, rozmawiając, opowiadając i szukając książek. Rok przed śmiercią, gdy większość bliskich jej osób zabrała wojna, postanowiła i przed nami otworzyć swój świat. Więc i ja... zapraszam.

niedziela, 1 grudnia 2013

9. Wieczorem...

Maki w pobliżu Argenteuil - C.Monet

Święta Dziewczynko z Zapałkami
chroń nas przed staruchami
co płaczą, że wszędzie zło
martwią się, że nas okłamują
nie mówiąc nam o tym

a nas cieszy pole różowe
kiedy wschodzi zboże
nagietek który przekwita w październiku
pszczoły dokładnie złote
leszczyna co wydaje jednocześnie kwiaty i orzechy
spotykamy się z Matką Boską w ogrodzie
żyjemy z kundlem na co dzień
czujemy niewidzialne ręce
widzimy dalej i więcej

"Modlitwa" Jan Twardowski

piątek, 29 listopada 2013

"To dusza tego malarstwa...", czyli o butach van Gogha

Jedna para butów przy której nie trzeba słów, które oddziałują na człowieka samoczynnie, bez jakichkolwiek komentarzy. Po prostu.


czwartek, 28 listopada 2013

List do Mikołaja


Adres: pokryta śniegiem Laponia

Kochany Święty Mikołaju!
Dziękuję Ci za tak wiele spełnionych marzeń z poprzedniego listu. Jak to zwykle bywa, czas uciekał, więc chociaż aż cztery książki mi wtedy przyniosłeś, tylko "Łowy" zdążyłam przeczytać. Cały rok jak zwykle przebiegł (coraz lepszą ma kondycję, też to zauważyłeś?), starałam się być grzeczna w miarę, pierniczki na Ciebie czekają (z zimy na zimę lepsze), więc może opowiem też o moich malutkich marzeniach?

poniedziałek, 25 listopada 2013

Słów tylko kilka, bo się nie mieszczą ("Szklany klosz" S.Plath)

źródło
Pozbierałam wszystkie słowa do jednego słoika, starałam się zamknąć, ale się nie mieściły... Chyba dlatego, że tak mało było ich w samej książce.

Wiecie jak to jest, gdy emocje i legendy narastają wokół danego tytułu. I potem w jak dziwny sposób owe powieści się bronią. "Szklany klosz" zrzucił z siebie wszystkie słowa, którymi zwykli śmiertelnicy określają samotność, depresję, obłęd, chorobę psychiczną, zagubienie, niezrozumienie... Długo mogę wymieniać ja, długo możesz wymieniać i ty, dobrze o tym wiemy. Sylvia Plath tego nie robi.

niedziela, 24 listopada 2013

8. Wieczorem...


"Nie jest ze mną dobrze
staram się
utrzymać życie przy sobie
obejmuję magnetofon krzesło

całuję klamkę
wychodzącą na balkon

stawiając kolejne kroki jakby
zdobywał przyczółki
idzie
prowadzącą do ośrodka rehabilitacji
aleją

siwy
pogodny
w sportowym dresie
z powyłamywanymi nogami

Bóg z nim
sen z Tobą
z tamtymi gwiazda telewizji
a ze mną nie jest dobrze
nikomu..."

Jacek Podsiadło

sobota, 23 listopada 2013

Mówi się: Chwieje się pokład, ale cały czas trzyma, czyli o Igrzyskach Śmierci II

Powinno zaczynać się tak - bardzo lubię tę trylogię. Trudno być bezkrytycznym w stosunku do niej, jednak podoba mi się nastrój i komentarze jakie wywołała, podoba mi się próba (nie zawsze udana) przekazania pewnych zasad, troszkę toporne nawiązanie do klasyków (Orwell!) i czerpanie z przeszłości, by przenieść coś w przyszłość. Ale przejdźmy do filmu.

Katniss i Peeta po zwycięstwie w ostatnich igrzyskach muszą odbyć obowiązkowe turnee po dystryktach. Katniss się troszkę rzuca... zresztą, omińmy zbędny fragment - czytaliście książkę, prawda? Jeśli znacie tylko pierwszą część, to jesteście na pozycji uprzywilejowanej, będzie niespodzianka, która znacząco wpłynie na poziom zainteresowania. Jeśli znacie całą trylogię, to nic dodawać nie trzeba. Jeśli (jakimś dziwnym trafem) nie słyszeliście jeszcze o tej historii - osobiście polecam chronologicznie się zapoznawać. I przede wszystkim, przestać czytać, bo posty z serii Mówi się, są zazwyczaj najbardziej emocjonalnymi, w trakcie których staram się przekrzyczeć tłum.

piątek, 22 listopada 2013

"Farby wodne" na połamanej palecie.


Występują:
-Adolf Hitler uwielbiający "Królewnę Śnieżkę"
-Dina Gottliebova malująca Śnieżkę
-Romowie
-szkice z podobiznami Romów powstałe w Auschwitz

* * *
To zaczęło się dawno temu, gdzieś w okolicach 1935 roku. Pamiętasz może? Ja też nie... Jednak to właśnie wtedy Walt Disney postanowił zrealizować szalony pomysł animacji popularnej baśni w czasach niesprzyjających jakimkolwiek produkcjom. Przepowiadano klęskę, był sukces. "Królewna Śnieżka" w 1937 roku podbiła serca widzów na całym świecie.

W tym czasie, w ciemnym, zadymionym pomieszczeniu siedziało kilkunastu ludzi decydujących o losach ludzkości. Wśród nich Adolf Hitler. Po raz kolejny oglądali historię czarnowłosej Królewny i jej małych przyjaciół. W kinach III Rzeszy nie można było wyświetlać produkcji Disneya. Zabronione przez Hitlera. W końcu amerykańskie - nie dla nazistów.

Praga. Młoda malarka Dina "Królewnę Śnieżkę" obejrzała siedem razy, zachwycając się perfekcją rysunków i harmonią.

To było przed 1939 rokiem. Potem zaczęła się wojna. U Disneya strajki, w Europie walki, obozy, getta, śmierć. Dina trafia do Auschwitz, gdzie po przejściach na polecenie jednego z lekarzy maluje portrety przetrzymywanych tam Romów.

I właśnie tutaj, gdzieś w drodze pomiędzy  Auschwitz a Hollywood, pomiędzy Diną, której muzeum po wojnie nie chce oddać jej prac, zasłaniając się dużą wartością historyczną a Romami, zapominanymi we wszelkich obliczeniach i wyliczeniach dotyczącymi wojennych ofiar, tkwi perełka, łza tej książki. Po etapie nieociosanych, przepełnionych emocjami i nieporadnych wspomnień z tamtych lat, dostajemy świadomy reportaż. Łączący czasy przeszłe z teraźniejszością, patrzący z dystansem, utkany misternie, ułożony ze wszystkich możliwych kawałków, oczyszczony z niepotrzebnych nitek czasem nieumyślnie wplatanych w takie historie.

Pani Lidia Ostałowska zazwyczaj kojarzona jest z Romami, ale również ze wszystkimi innymi o których zapomniano i dyskryminowano. W tej książce o Romach nie zapomina, jednak głównym tematem jest Dina Gottliebova - malarka, graficzka, która przez część swojego życia walczyła, by odzyskać szkice wykonane w obozie. By odzyskać spokój.
Oczywiście, wymaganym jest obiektywność autorki wobec opisywanych. Reportaż, te sprawy, żadnych uczuć. Ale z drugiej strony, jak nie pochylić się nad dyskryminacją Romów czy przypadkiem dojść do wniosku, że to jednak oni byli winni? Z Diną jest inaczej. Muzeum powinno oddać prace? Nie jestem pewna do dziś, jak bym się zachowała. Przede wszystkim dlatego, że nie mam pojęcia, jak ona się czuła.

Ale to nie koniec przedstawienia. Mamy podstawowe pytania, mamy bohaterów, mamy dziwne, niezrozumiałe cały czas dla nas zachowania. To już siedemdziesiąt lat! Niektórzy cały czas czekają na odpowiedź, niektórzy walczą tylko o to, by pamiętano. Inni po prostu chcą zapomnieć. A do nas to dociera w całej okazałości, przebijając się przez pozorny bałagan tematyczny i czasowy.

Wszystko zebrane, zamknięte w prostych słowach pani Lidii, ułożone z rozmysłem, zatytułowane przemawiająco. Tak jak być powinno. Porządnie.
I chociaż nie powinniśmy, zauważamy jak dobrą książkę czytamy. Ryzykowne, choć nie w tym przypadku.

* * *

Kurtyna opada. A raczej opadła dawno temu. Teraz czasem zza niej odzywa się krzyk, byśmy nie zapomnieli, bo to najważniejsze. A "Farby wodne" są odpowiedzią. Odpowiedzią do osób posiadających imię, nazwisko, życie. Do osób, które się pomijało. Odpowiedzią, że pamiętamy.

Ocena: 7/10

"Farby wodne" L.Ostałowska, Czarne, 2013


wtorek, 19 listopada 2013

Van Gogh i Doctor, czyli popkulturalne zabawy.

Dzieła i artyści żyją tylko wtedy, gdy się o nich mówi, pisze, odnajduje, odczuwa. Inaczej zaczynają powoli zanikać, leżące w piwnicach, wiszące (a nie zauważane) na ścianach. Van Gogh cały czas żyje. W naszych głowach, obrazach, listach. Nie jest zamknięty jedynie w czterech ścianach muzeum. Znany na cały świat, ostatnio nawet jakby bardziej...


Miejsce w popkulturze van Goghowi o ile nie zapewnił, to chociaż umocnił, nikt inny jak tylko Doctor Who. Bohater najbardziej brytyjskiego serialu w historii (przynajmniej w moich oczach) pojawia się w pięknej Francji, na niespełna rok przed samobójstwem artysty. Cel jest oczywiście jeden - ratowanie świata.

Wszystko za sprawą zarysu potwora uwiecznionego na obrazie "Kościół w Auveres"  zauważonego przez Doctora. TARDIS i w drogę. Odszukać Vincenta, zlokalizować Krafayisa i dowiedzieć się coś więcej. Słowem, cała zabawa znowu się zaczyna. Jednak, w jakiej scenerii! Najpierw ulubiona kawiarenka, potem  "Żółty Dom", wreszcie wspomniany Kościół. Nic, tylko cieszyć oczy. I oczywiście wypatrywać Vincenta.

Van Gogh przedstawiony jako geniusz z zaburzeniami psychicznymi, nie odbiega wiele od utartego obrazu artysty. Oczywiście, niektóre cechy to jedynie nasze wyobrażenia, za mało wiemy o człowieku, by być pewnym niektórych zachowań. Dlatego też, jeśli jakieś sceny, słowa, czyny nie pokrywają się z tym, co wyobraziliśmy sobie - traktujemy to raczej jako dodatek do naszych myśli i obrazów przechowywanych gdzieś głęboko. Samorzutnie Vincent ożywa na naszych oczach, widać wielką wrażliwość, geniusz i ogarniającą go ze wszystkich stron depresję, pozwalającą jednocześnie uśmiechać się czy żartować. A jednocześnie wiemy, że ten serial, ten odcinek to cały czas przede wszystkim Doctor Who, więc postać van Gogha bez problemu traktujemy z przymrużeniem oka i podoba nam się to.

Za artystą idą też jego obrazy. I wielka radość oglądającego (moja). Wchodzicie do domu jednego z ukochanych malarzy, oglądacie płótna zgromadzone na małej przestrzeni, ich barwy, piękno - wszystko aż przytłacza. No i kościół od którego wszystko zaczęło się  - nie jest to jeden z moich ulubionych obrazów, jednak długi czas wpatrywałam się w niego, pamiętam, gdy pierwszy raz go zobaczyłam - razem z koleżanką siedziałyśmy i zauważałyśmy nowe szczegóły, rozmawiałyśmy, dorabiałyśmy do niego historię. Dlatego też, chyba najmniejsze zdziwienie - że to właśnie od tego obrazu wszystko się zaczęło w serialu. On po prostu porusza wyobraźnię.
Oczywiście, da się dojrzeć wiele nieścisłości - w rzeczywistości kawiarenka i kościół leżą w dwóch zupełnie innych krańcach Francji, jednak wiadomo, co serial, to serial. No i wreszcie ktoś kompetentny (czyt. van Gogh) wypowiedział się na temat Słoneczników - wielka radość, też nigdy ich nie lubiłam i nie mogłam zrozumieć zachwytu. Dla mnie jeden z bardziej obojętnych obrazów w dorobku Vincenta. Dla tych słów wybaczyć można wszystko.


Wiem, że powinno być jeszcze jakieś odniesienie do Doctora, jednak niestety jestem chyba najmniej kompetentną osobą, która mogłaby o nim mówić. Za mną kilka odcinków (na przestrzeni kilku lat), w dodatku dopiero ten wywołał prawdziwą radość.

Ale za to, jak odnalazł się van Gogh w naszych czasach?
O ile obrazy Vincenta same w sobie wywołują wiele uczuć, w kolorowych krajobrazach, w butach, w górnikach odbija się tak wiele, to wszelkie nawiązania do Doctora wywołują jedynie uśmiech wraz z łezką wzruszenia. I nawet za cenę znalezienia się na koszulkach, kolczykach czy innych skarpetkach, można się cieszyć, że jakiś odsetek zainteresował się, a przede wszystkim, odczuł bardziej.

Tak na koniec, by podsumować:
Miejsce w kulturze popularnej jest, a ja już do końca życia będę pamiętała jak Vincent opowiadał i widział naturę. Moja ulubiona nocna scena (no, oczywiście poza wzruszającą w muzeum). Poza tym, van Gogh i TARDIS (tak, Doctor mi obojętny, jednak TARDIS uwielbiam) to niezapomniany widok.

Witamy na dobre w XXI wieku, panie Vincencie!

czwartek, 14 listopada 2013

Przy tej książce słowa wirują... ("Kafka nad morzem" H.Murakami)


...układają się w dziwne konstelacje, łączą i oddziałują na siebie. A potem przewracamy ostatnią stronę, słowa uciekają, nie chcą w myślach tworzyć spójnej całości, więc zostają tylko kolory i nic nie znaczące zdania.

Niebieski.

Zielony.

Pomarańczowy.

Niewielki związek ma to z samą powieścią, w której kolory nie grają znaczącej roli. Murakami ma słowa, myśli. Przewaga czy może jedynie niewidoczne połączenie z naszymi kolorami?
"Kafka nad morzem" to opowieść w której po raz kolejny wszelkie możliwe światy łączą się w całość,
oddzielając się od siebie cienkimi liniami. Zaczyna się zwyczajnie. Jest chłopiec. Introwertyk, dojrzały jak na swój wiek - pierwiastek łączący z innymi powieściami autora. Jest klątwa, zabójstwo, jest analfabeta. Dwie historie toczą się niezależnie od siebie, jednocześnie praktycznie się ze sobą łącząc. Przed oczami pojawiają się ludzie. Różni, samotni, zagubieni, zadowoleni. Są retrospekcje, dziwna opowieść wojenna...

Albo inaczej - czego tam nie ma. Gdy teraz chce się o tym wspomnieć, zalewa nas fala stylów, figur, postaci, nawiązań. Przedziwny chaos, który zapewne znajdzie się w analizie tej książki, chociaż w samej książce go nie ma. Murakami posiada ten dziwny dar sterylnego i osobliwego pisania, który pozwala mu otwierać przed nami światy, czas i myśli bez uczucia zagubienia, oszołomienia czy przesytu.

Oczywiście jest jednocześnie to po części filozoficzne spojrzenie z różnych stron na nasze życie. Czasem zadziwiające, czasem jedynie upewniające, zawsze żyjące. Przede wszystkim - uspokajające. Są też nieodłączne nawiązania muzyczne, postacie z którymi po części utożsamiamy się. Są myśli, nuty, wspomnienia.

Murakami umie prowadzić czytelnika, umie prowadzić akcję. Jeśli gdzieś są niedociągnięcia, zostają one zatuszowane przez emocje czytelnika.
Oczywiście, nie każdego. Jak to z książkami bywa.
Jednak jeśli emocje już są, ostatnią rzeczą jest spojrzenie na tę książkę w miarę obiektywnie.

Zostaje więc odłożenie jej na półkę, schowanie wszelkich notatek czynionych na skrawkach papieru, paragonach, marginesach książki i zamknięcie oczu.

Zielony.

Żółty.

Lazurowy.

Ocena: 9/10

"Kafka nad morzem" H.Murakami, Muza, 2010, tł.A.Zielińska-Elliot

niedziela, 10 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą: Podsumowanie


Tydzień pełen lektur dziecięcych za nami. Obiecywałam sobie wiele, jednak jak to zwykle bywa, nie wszystko się udało, szczególnie że teksty pisałam z dnia na dzień, czasem nawet częściej, bo dużo wydarzeń się na siebie nałożyło. Jednak jak tu nie być zadowolonym, gdy tak wiele pięknych książek zostało opisanych?

Podczas tego tygodnia najchętniej wybieranym autorem była Astrid Lindgren, jednak wygrała minimalnie z innymi autorami - zazwyczaj na blogach panował całkowity, wielokolorowy i tak lubiany przez nas misz-masz.
To prawda... - mruknął Puchatek, spoglądając w lustro i klepiąc się po brzuszku. - Nie liczy się rozmiar. Liczy się puchatość!
"Kubuś Puchatek" A.A.Milne

Książki opisane:
"Agata z Placu Słonecznego. Agata i jeszcze ktoś" E.Karawan-Jarzębska
"Alicja w Krainie Czarów" L.Carroll  - tekst Evik
"Alicja w Krainie Czarów" L.Carroll - tekst Ani
"Bracia Lwie Serce" A.Lindgren
"Brat" E.Kiereś
"Dziecko piątku"M.Musierowicz
"Dzielny Despero" K. DiCamillo
"Emilka ze Srebrnego Nowiu" L.M.Montgomery
"Godzina pąsowej róży" M.Kruger
"Josie Smith" M.Nabb
"Karolcia" M.Kruger
"Kłopoty Rodu Pożyczalskich" M.Norton
"Kubuś Puchatek" A.A.Milne
"Mały domek w wielkich lasach" L.I.Wilder
"Nowe przygody Bolka i Lolka" praca zbiorowa
"Poczytaj mi mamo!" praca zbiorowa
"Przygody Hucka" M.Twain
"Rasmus i włóczęga" A.Lingren
"Rasmus, rycerz Białej Róży" A.Lindgren
"Rozrywki Mikołajka" na podstawie Goscinnego
"Rudy Dżil i jego pies. Kowal z Polesia Większego" J.R.R.Tolkien
"Srebrny dzwoneczek" E.Kiereś

- Masz odwagę to zrobić? - spytał. - Nie, ale chcę. - Mały, odważny Sucharek! Wrócę po ciebie (...) - Przyrzekasz? - spytałem. - Oczywiście. A co myślałeś?
"Bracia Lwie Serce" A.Lindgren

Fragmenty książek:

Teksty o książkach ulubionych:

W trakcie tygodnia trwało również wielkie głosowanie na ulubionego autora młodzieżowego i dziecięcego.

Ulubiony autor młodzieżowy:
I.Małgorzata Musierowicz
II. Edmund Niziurski
III. Joanna Chmielewska & Krystyna Siesicka

Ulubiony autor dziecięcy:
I.Astrid Lindgren
II. F.H.Burnett
III. A.A Milne & E.Nesbit & T.Jansson

Dziękuję wszystkim za tak liczny udział, dziękuję za komentarze, za czytanie, chociaż sam tekst się nie pojawił. Jak się okazuje, dorośli też uwielbiają książki dla dzieci! A teraz zdradźcie, wasi faworyci wygrali?

Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne.
"Dolina Muminków w listopadzie" T.Jansson
Jeśli wzięliście udział w wyzwaniu, a nie uwzględniłam waszych tekstów, proszę o przesłaniu linków. Poprawię. 

Edith: I zachęcam do przeczytania cudownego podsumowania Ani.

Tydzień z literaturą dziecięcą: O miłości, humorze i przeznaczeniu


Nie tak wyobrażałam sobie zakończenie całego wyzwania, jednak jak się okazało, troszkę przeceniłam swoje siły i zapomniałam o moim tempie pisania, słowem zostało jeszcze kilka książek, o których nie udało mi się wspomnieć, a które powinny zagościć. Wiadomo, modelacja i panowanie nad czasem, to nie jest umiejętność posiadana przez wszystkich.

"Rasmus i włóczęga" A.Lingren
Dziewięcioletni Rasmus z domu dziecka marzy, że znajdzie kogoś, kto go pokocha i ofiaruje mu prawdziwy, ciepły dom rodzinny. Pewnego szczególnie pechowego dnia nieszczęśliwy i samotny Rasmus podejmuje decyzję o ucieczce. Po nocy spędzonej w szopie spotyka Oskara - włóczęgę. Razem wyruszają na wędrówkę. Czeka ich długa i niebezpieczna droga. [źródło]

Jedna z tych mniej smutnych i melancholijnych książek Lindgren, w której jak zawsze wylewa się dziecięca miłość i brak odzewu ze strony dorosłych. Mamy prosty opis sierocińca, troszkę przygód, dużo ciepła i humoru. No i oczywiście, mamy bułeczki cynamonowe z mlekiem - najlepszą rzecz na świecie!

"Rasmus, rycerz Białej Róży" A.Lindgren
Kalle Blomkvist jest postrachem złoczyńców w całej Szwecji. Nie znajdzie się nigdzie drugiego detektywa tak spostrzegawczego i odważnego jak on. Nieustraszony śledczy popada jednak w kłopoty, kiedy na jego oczach zostaje uprowadzony mały Rasmus. Wraz z niezawodnymi przyjaciółmi Kalle wyrusza w pościg za kidnaperami, choć dręczą go wątpliwości. Problem polega na tym, że ma dopiero piętnaście lat...[źródło]

Nie przepadam za Lindgren w tym wydaniu. Co prawda, Rasmus jest rozczulający poprzez wieczny słowotok, co prawda, jest dużo emocji przy pościgach i wreszcie są kidnaperzy w krzywym zwierciadle, jednak podobnie jak Michael Blomkvist nigdy nie mogłam polubić Kallego. 
Tylko ta Wojna Róż - zaraz przypominają się wakacje...

"Brat" E.Kiereś
Pewnej księżycowej nocy dwaj bracia wyruszają na łowy, ale nieświadomie popełniona wina sprowadza na nich gniew tajemniczych i groźnych potęg. Wbrew zaklętemu losowi bracia będą próbowali odnaleźć się nawzajem w świecie, który dotąd znali tylko z gawęd snutych przy domowym ognisku. Czy im się to uda? I za jaką cenę? Czy poznają tajemnicę, od której ich wędrówka się rozpoczęła? A rozpoczęła się znacznie dawniej niż mogliby przypuścić.[źródło]

Lubię panią Emilię w tym ludowo-baśnowym wydaniu. Spokojna, po części mroczna książka o poszukiwaniach, uczuciach. Jedna z tych, które można włożyć między inne cudowne zbiory baśni. Jedna z tych, w których odnajduje się jakieś kawałki siebie. Co prawda, nie urzekła mnie tak, jak "Łowy", jednak zasługuje na uwagę.

"Rudy Dżil i jego pies. Kowal z Polesia większego" J.R.R. Tolkien
Giles, spokojny gospodarz z Ham, nie grzeszy odwagą. Przypadek sprawia, że zostaje Bohaterem Okolicy. Otrzymuje od Króla sławny miecz, szczególnie zasłużony w zabijaniu smoków. Kiedy więc pojawia się smok, zadanie zabicia potwora spada na niechętne temu brzemieniu barki Gilesa. Lecz oto smok odmawia walki... 
Przylesie Wielkie słynie z biegłych w swoim zawodzie rzemieślników i ze znakomitej kuchni. Pewnego razu urzędujący Mistrz Kucharski wyrusza w drogę, nie wiadomo dokąd. Wraca z czeladnikiem. Nie jest to jednak zwyczajny uczeń. To król czarodziejskiego ludu. Ma on do wypełnienia misję, która zmieni losy pewnego chłopca.[źródło]

Pierwsze opowiadanie to karykaturalny obraz rycerstwa. Giles jest miły i przeciętny. Sławę zyskuje dzięki tylko i wyłącznie szczęściu. Jak się okazuje, wielkie czyny nie muszą iść za wielką odwagą. Miło, zwiewnie, zdecydowanie po tolkienowsku i z przymrużeniem oka.
Drugie opowiadanie bardziej baśniowe, też troszkę dowcipne, jednak przede wszystkim bardziej zahaczające o ludowe wierzenia. No i jeszcze jedno - ciekawsze.  Obydwa proste i kunsztowne za razem - po prostu Tolkien.
Wieczorem zapraszam na podsumowanie całej akcji.

sobota, 9 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą: Znowu na Placu Słonecznym


 

Gdy sięgasz po drugą część musisz mieć zaufanie do autora. By przeżyć przygodę, również jest to potrzebne. Ja ufałam autorce książek o Agacie z Placu Słonecznego, dzieci wreszcie ufały niani i chyba właśnie dlatego tak wyśmienicie się bawiliśmy…

Zamiast jednej dłuższej przygody, mieliśmy kilka pomniejszych. Za to jakich! Zostajemy zabrani w miejsca, które od dawna śnią się po nocach – Nibylandia, Kraina Śniegu. Na naszych oczach świat pokrywa się koronką. Nic, tylko zostać tam na zawsze.
No i ostatni rozdział… Pani Ewa umie budować wspaniałe historie.

I nie umniejszając innych zalet tej książce, owe historie są najpiękniejsze. Może czasem brakuje im słów, by oddać całą wspaniałość krajobrazów rysujących się w głowie, może czasem nie mają prawdziwej głębi, jednak już samo przebywanie w krainach, które zaistniały w wyobraźni autorki – magia, której w żaden sposób nie da się zastąpić.

Nasi bohaterowie nie zmieniają się od poprzedniego tomu – inteligentne, czasem niegrzeczne i zabawne rodzeństwo a obok nich niania – praktycznie chodzący ideał. Może nie chwytający za serce (chociaż te Trojaczki…), jednak miło było z nimi zagłębiać w kolejne kraje na mapie wyobraźni…


Jest też troszkę o tęsknocie i miłości. Jest o radości i łączności. Wiecie, jak to powinno być w porządnych książkach dla dzieci. 

Druga część? Czuć. Więcej radości i spokoju, nie tylko w naszych głowach, ale również piórze pani Ewy. Widać, znajduje ona swój styl, zapomina miejscami o konwencjonalnych rozwiązaniach, jednocześnie cały czas utrzymując łączność i czerpiąc z pięknych tradycji literatury dziecięcej.

I te ilustracje...

"Agata z Placu Słonecznego. Agata i jeszcze ktoś" E.Karawan-Jarzębska, 2013
Za książkę dziękuję wydawnictwu Magrinesy



piątek, 8 listopada 2013

Nie samym tekstem żyje człowiek...


8 listopada. Rocznica urodzin Margaret Mitchell
Możemy sobie powspominać, poczytać, porozmawiać, pooglądać... Można też pomilczeć.

Mój emocjonalny tekst o ukochanej książce - tutaj.
Moich słów i myśli na dziś za dużo, więc będzie tylko to:






Tak się zastanawiam... Ja chyba nie miałabym siły przeczytać tej książki jeszcze raz...

czwartek, 7 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą: Malarz i podlotek...

"Jedno z okien na parterze otwarto ostrożnie i bez szmeru. Ukazała się w nim głowa dziewczęca, nakryta uczniowską czapeczką. Malarz zdołał dojrzeć bystrym wzrokiem, że rozczulającą ozdobą tej głowy był zadarty nosek.
Znane są wypadki w dziejach ludzkości, że ktoś czasem o godzinie szóstej rano otwiera okno, dlatego też w nikim nie budzi to już zdumienia. Zazwyczaj jednak ukazuje się w oknie postać ludzka niezupełnie odziana, ziewająca i rozgoryczona, że ją zmuszono do wczesnego powstania. Musiało to przeto zdumieć roztropny umysł malarza, że osoba, która przed chwilą otworzyła okno, jest odziana, a - sądząc z ożywienia na obliczu - wcale nie jest senna. Ponieważ jednak ludzie miewają nieoczekiwane pomysły, byłby malarz po krótkiej chwili machnął ręką i poszedłby swoją drogą, gdyby osoba w uczniowskiej czapce nie poczęła wyprawiać zdumiewających awantur. Przez okno spuściła na chodnik najpierw zawiniątko, a potem - o dziwo! - śmiesznego psa. Położyła ostrożnie palec na ustach, dając znak kundlowi, aby pary nie puścił z gęby, potem rzuciła się w objęcia jakiejś drugiej żeńskiej istoty, co w białym obleczeniu wyglądała jak widmo nagle zjawione.
-Co to wszystko znaczy? - zagadną malarz sam do siebie."

Co jak co, ale Ewcia zdecydowanie lepsza od Pollyanny...

"Szaleństwa panny Ewy" K.Makuszyński, Wydawnictwo Literackie, 1981, str.83-83

Wszystkich biorących udział w akcji proszę o podesłanie linków, bo nie do wszystkich dotarłam...

środa, 6 listopada 2013

Tydzień z klasyką dziecięcą: Książka wszystkich kolorów

Obrazek oczywiście nieadekwatny, jednak zdecydowanie
jeden z ulubionych z całej serii
Jeżycjada jest niewątpliwie jedną z bardziej popularnych serii młodzieżowych w Polsce i zawsze rozmowom o niej towarzyszy krępujące, powodujące zmieszanie pytanie: Jaka jest twoja ulubiona część?

Bo co taki czytelnik może odpowiedzieć? Borejków poznawało się stopniowo, każda historia łączyła się z kolejną, a wszystkie zebrane razem tworzyły dziwny, wypełniony ciepłem i humorem obraz. Gdy ktoś miał niewątpliwą przyjemność zagłębiać się w kolejne tomy stopniowo, zaczynając w wieku młodzieńczym, musiał zauważyć, jak zmieniały się upodobania, jak tasowała się kolejność, jak w pewnej chwili Aniela z najbardziej irytującej postaci robi się jedną z ulubionych, jak przyjemny "Kwiat kalafiora" zostaje zepchnięty przez niepozorną "Szóstą klepkę" z wydawać by się mogło niepodważalnego pierwszego miejsca.

Co zrobić. Młodzieńcze, nieociosane życie.

Jednak ostatnio, w czasie przesytu literaturą, gdy umiem jedynie skołowana wybierać kolejne książki i nie mam siły zacząć ich czytać, z wahaniem, wyrzutami i uśmiechem, odpowiedziałabym - "Dziecko piątku".
Powieści ulubione mają niewątpliwie jedną, koronną zaletę - można je czytać kilkanaście razy, wracać jedynie do fragmentów, a i tak za każdym razem historia wydaje nam się całkowicie inna poprzednio.
Gdy po przerwie otworzyłam "Dziecko piątku",  zaskoczyło mnie. Jak zwykle. Smutne, melancholijne, miejscami ściskające za gardło. Pamiętałam z poprzednich wizyt uśmiechniętą Aurelię pośród malin, dzisiejsza wyłania mi się pośród nieprzespanych nocy i rozmów z automatu. Pamiętałam trudne relacje z ojcem, nie pamiętałam aż takiego napięcia, intensywnego, a jednocześnie spokojnego jeśli chodzi o relacje z matką. Zauważyłam wreszcie pana Jankowiaka od tej innej, samotnej, listopadowej strony.

I w jednej chwili w kolorowej części pojawiło się tak wiele melancholijnych przebłysków. Oczywiście, dla nieznających, tom utrzymał poziom humoru, było miło, były dwie trzpiotki, warstwa wierzchnia powieści, pierwsza, jaka rzuca nam się w oczy. Jednak, gdy dochodzimy do momentu, gdy pewne wyrażenia, cytaty, zdarzenia mamy zakodowane w podświadomości, z łatwością umiemy powtarzać je z pamięci, w książce znajdujemy więcej. I wszystko idealnie do nas pasuje.

Nad walorami literackimi, nad bystrym okiem, nad ciepłem, językiem i wartością uczuciową rozwodzili się już wszyscy, w obydwie strony idąc i szukając niuansów niewidocznych dla czytelnika. Więc dziś nie będzie. Powiem tylko, dziękuję, pani Małgosiu. Za cudowne, wielokolorowe części. Czasem lepsze, czasem gorsze (albo po prostu jeszcze nie zrozumiane?). No i za kunsztownie utkane z łez i malin "Dziecko piątku".

źródło obrazka

"Dziecko piątku", M.Musierowicz, 1993

wtorek, 5 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą: Wakacyjnie

"- Teraz powinno się udać - powiedział Lasse. Tak też było. Prawie każdy samochód 
się zatrzymywał. 
W pierwszym, który się zatrzymał, siedział jakiś tatuś i mamusia i czworo dzieci i wszystkie dzieci krzyczały, że chcą wiśni. Ich tatuś kupił im trzy litry wiśni, a ich mamusia powiedziała: 
- Ach, jak to świetnie, bo nam się tak chce jeść i pić. 
Były to moje małe, czarne wisienki. Ten tatuś opowiadał, że jadą daleko, daleko, aż za granicę. A to dopiero dziwne! Moje wiśnie miały jechać za granicę, gdy ja sama miałam zostać w Bullerbyn. Gdy powiedziałam to innym, Lasse odparł: 
- Ech, dzieci zjedzą wiśnie o wiele wcześniej, niż dojadą za granicę. Rozumiesz to chyba. 
Uważałam mimo wszystko, że moje wiśnie dojadą za granicę, nawet jeśli będą w żołądkach tych dzieci. 
Ojej, jak dużo wiśni sprzedaliśmy! Jeden pan kupił cały kosz. Był to koszyk Bossego. Ten pan powiedział, że jego żona zrobi z nich sok, bo on przepada za sokiem wiśniowym. 
- Pomyśl, jakie to dziwne - powiedział potem Bossę tylko po to, żeby się ze mną drażnić. - Pomyśl, że z moich wiśni będzie sok wiśniowy, a ja sam nie będę sokiem wiśniowym. "

Zaskakujące, jak mało znana jest na świecie najpopularniejsza w Polsce książka Astrid Lindgren...

"Dzieci z Bullerbyn" A.Lindgren, Nasza Księgarnia, wznowień mnóstwo

poniedziałek, 4 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą: Gdy zaczynają opadać liście...


Nie ma wyraźnej granicy oddzielającej lato od jesieni. Po prostu, w pewnej nieuchwytnej chwili słońce zaczyna inaczej świecić. Zamiast ciągłych, oślepiających błysków, posyła nam pomarańczowe promienie. Intensywne (zbledną z czasem), ale pomarańczowe. Już nie ogniste. Potem przychodzi wiatr. Wpadający rano przez otwarte okno pachnący nie letnich przygód, ale drobinkami zimowych płatków. I to już jest to.
Niby drzewa jeszcze zielone, niby ptaki świergolą rano, ale to jesień. Czuć.

Są też takie książki. Jesienno – wakacyjne. Z zieloną okładką, z latem w środku. Króciutkie.

Moja opowieść była o Marysi. Nieśmiałej, uśmiechniętej, która na wakacje przyjechała do cioci. Tam czekał na nią stary, opuszczony domek, czekała na nią pani Wróżka, czekały dzwoneczki i pewien kot.

Znacie takie historie, ja też je dobrze znam. Są jednymi z tych, które czyta się szybko, acz z uwagą i przyjemnością. Są jednymi z tych, które czyta się z uśmiechem, odnajduje się w nich własne marzenia i wątpliwości.
Historia Marysi właśnie taka jest. Pełna ciepła, dziecięcego odkrywania świata, z tymi ukochanymi bohaterami, o których potem myślimy ciepło w trakcie jesiennych wieczorów.
Ja przede wszystkim myślę sobie o pani Wróżce, kobiecie już troszkę starszej. O jej dzwoneczkach, miłych zmarszczkach pod oczami i ciepłej kuchni. I o tym, jak spędzę przy okazji kolejne wakacje.
Myślę też o Marysi, troszkę podobnej do młodszej mnie. Z blond warkoczykami i niebieską sukieneczką.

Książkę pani Emilki czytałam w malutkim domku zaszytym gdzieś w górach, w sierpniu. Dziewczęcą, wiśniową książeczkę, pełną problemów tamtych lat i wielkich wyborów. Wielkich, jak na rozmiar Marysi i każdej małej dziewczynki.
Mądra, wakacyjna, pełna uśmiechu i czasem melancholii... Lubię ją.

Wspomnieć też trzeba o pięknych ilustracjach pani Małgorzaty Musierowicz. Chwytające za serce. 
I miło jest myśleć, że od 8 listopada będziemy mogli przeczytać kolejną książkę pani Kiereś, "Kwadrans"

Obydwie grafiki pochodzą ze strony poświęconej "Srebrnemu dzwoneczkowi".

"Srebrny dzwoneczek" E.Kiereś, Akapit-Press, 2010

niedziela, 3 listopada 2013

7. Wieczorem...

moja ulubiona Catrin Welz-Stein
Edward Stachura
Tak

Tu i tam, i tam, i tam, i tu
Tam i tu, i tu, i tu, i tam
Tam i jeszcze tam, i jeszcze tu
Tu i jeszcze tu, i jeszcze tam
Tu i jeszcze tam
Tam i jeszcze tu
Tu i jeszcze, jeszcze, jeszcze tam

Cudu wszechświata nocny ład
Niewysłowiony bukiet gwiazd
Każda z gwiazd samotna
Każda z gwiazd samotna
Wszystkie razem zaś:
Wiszący ogród, promienny park!

Każdy z nas samotny
Każdy z nas samotny
Czemuż, czemuż więc
-my, gwiezdne dzieci-
W gwiazdozbiór piękny, przepiękny
                            wręcz

Nie skupimy serc?

środa, 30 października 2013

"Dobrze jest mieć księżyc w pełni." ("Ocean na końcu drogi" N.Gaiman)


Trudno unieść pióro, gdy przed chwilą zamknęło się książkę literacko dopieszczoną. Kawałek metalu i odrobina atramentu – wszystko ciąży w dłoni, przygniecione natłokiem myśli, interpretacji, wyobraźni i przyjaźni. Bezsens i zwykła bezsilność aż przytłacza w obliczu nie tyle książki genialnej, co wspaniale współgrających z nami. Tymi prawdziwymi.

Ocean? 
„To był tylko kaczy staw na samym końcu farmy. W dodatku niespecjalnie duży. Lettie Hempstock nazywała go oceanem, ale wiedziałem, że to niemądre. Powiedziała, że przybyły tu zza oceanu ze starego kraju.” 
A więc nie ocean, kaczy staw. Zwykły, prozaiczny, na jaki każdy z nas może natknąć się gdzieś pośród wiejskich domków. Leżący na końcu drogi. Tej drogi, na której zaczyna się nasza podróż pełna magii, innych światów, snów, niesamowitych stworów i niebezpieczeństw.

Książka dziwna do granic możliwości. Zbudowana na tym, co uwielbiamy u Lindgren – kruchych, samotnych zdaniach w których dusza uchwycona jest między słowami, a nie w samych słowach. Dziecku samotnym, kochającym, szukającym, które w pewnej chwili musi stawić czoła złemu. Jednak książki Lindgren są dla dzieci. Ocean jest straszniejszy, przyjęło się, że uważa się go za książkę dla dorosłych.

Zamknięte w ramach powieści strachy słowne, strachy postaciowe nigdy nie wystąpiły by w książce Astrid. Za straszne, za boleśnie przemawiające nie tylko do najmłodszych, do starszych również.
Jednocześnie ta książka jest tak zamarznięta, nieskłonna do obdarzania uczuciem, że czytelnik samoczynnie ją uczuciem obdarza.
Po prostu, lubi ją. Albo raczej, bo niebezpiecznie zaczynamy wchodzić w obszar my:
Po prostu, lubię ją.
Lubię ją tak bardzo, że nie pożyczę jej tobie, bo mazałam po niej i zaznaczałam fragmenty, które chwyciły mnie za serce. Lubię ją, tak jak lubię „Mio, mój Mio”, wracać do niej będę z takim samym niepewnym uśmiechem jak do „Doliny Muminków w listopadzie”.

Jednak zaczynam się gubić w tym momencie, zakładając na siebie niewygodne powiązania, porównania książek cudownych z cudownymi. Tutaj to się kończy dla ułatwienia.

Gaiman jest autorem, którego bohaterowie wiedzą co to strach, samotność, zagubienie. Jeszcze nie weszli na kolejny etap dojrzewania, jednak gdy tylko zamkniemy oczy, widzimy jak będzie wyglądać ich życie za kilka lat. Jak przyznaje bohater na samym końcu:
„Podejrzewam, że historia ma znaczenie tylko wtedy, gdy występujący w niej ludzie się zmieniają. Ale w czasie tych wszystkich wydarzeń miałem zaledwie siedem lat i pod ich koniec pozostałem tą samą osobą jak na początku, prawda? Podobnie wszyscy inni. Bo musieli. Ludzie się nie zmieniają.”
Trudno zgodzić się całkowicie z autorem (zostając tymi samymi jednocześnie cały czas zmieniamy się), jednak jeśli tak to wygląda w jego książce, co tam znajdziemy? Nie ma dynamicznego bohatera, nie ma i naszej wewnętrznej przemiany.
A jednak, jest…

Ukryta w opowieści, trzonie tej książki, gdy to przechodzimy ze świata do świata, rozglądając się czasem panicznie, cały czas czując uścisk Lettie.


* * *

Tak napisany zlepek emocji leży sobie już od dłuższego czasu. Od czasu kiedy zdążyłam po raz pierwszy pokochać Gaimana (nie mogłam go kochać za „Lustra i dym”, nie lubiłam ich), kiedy jeszcze cała pełna
zachwytów i niepewności przekręciłam ostatnią stronę „Oceanu na końcu drogi”.
Próbowałam poprawiać ten tekst, nie chciał, to nic, że nie miał odpowiedniego zakończenia, nie miał kilku zastrzeżeń jakie już padły kiedyś, w jakichś recenzjach. A chciałam wam o niej opowiedzieć. Już, teraz. Więc tylko jeszcze dopisek, możliwe, że zbędny:
Książka Gaimana zbudowana jest jak książka dla dzieci. I tematykę ma książek dla dzieci. I nie wyróżnia się za bardzo niczym nadzwyczajnym, jeśli porównywać ją do innych dobrych książek dla dzieci. No, poza tym, że jest straszniejsza. A więc, jak każdą dobrą książkę dla dzieci, warto ją przeczytać.
Chociaż może nie niesie za sobą wielkich mądrości i nie jest specjalnie przecudowna obiektywnym okiem patrząc. Może to w ogóle to jest reakcja na pierwsze takie spotkanie ze wspaniałą literaturą Gaimana.
Więc, jeśli podaruję ją wam na urodziny, to nie zdziwcie się. A jeśli jej nie podaruję, to sami sobie ją podarujcie. Dla własnej przyjemności.

Zarówno tytuł tekstu jak i wszelkie fragmenty oznaczone kursywą są cytatami z opisywanej książki.

"Ocean na końcu drogi" N.Gaiman, MAG, 2013, tł.P.Bratiner

niedziela, 27 października 2013

6.Wieczorem

Tadeusz Różewicz
List do ludożerców

Kochani ludożercy 
nie patrzcie wilkiem 
na człowieka 
który pyta o wolne miejsce 
w przedziale kolejowym 

zrozumcie 
inni ludzie też mają 
dwie nogi i siedzenie 

kochani ludożercy 
poczekajcie chwilę 
nie depczcie słabszych 
nie zgrzytajcie zębami 

zrozumcie 
ludzi jest dużo będzie jeszcze 
więcej więc posuńcie się trochę 
ustąpcie 
kochani ludożercy 
nie wykupujcie wszystkich 
świec sznurowadeł i makaronu 
nie mówcie odwróceni tyłem: 
ja mnie mój moje 
mój żołądek mój włos 
mój odcisk moje spodnie 
moja żona moje dzieci 
moje zdanie 

Kochani ludożercy 
Nie zjadajmy się Dobrze 
bo nie zmartwychwstaniemy 
Naprawdę

Ostatni post z wieczornego cyklu. Wróci kiedyś, dziurę zapełni coś...

sobota, 26 października 2013

Niech blogosfera będzie troszkę bardziej kolorowa, czyli tydzień z literaturą dziecięcą.


Wielkimi krokami zbliża się listopad, już nawet nie udaje, że się nie śpieszy. Biegnie w naszą stronę, by otulić nas szarościami, porannymi mgłami, przemoczonymi stopami i nieustannymi deszczami. Dlatego też, by listopad był choć odrobinę przyjaźniejszy, postanowiłam że cały pierwszy tydzień (od 4 do 10 listopada) będzie wypełniony literaturą dziecięcą i młodzieżową. Pełen lektur dawno czytanych lub jakimś cudem ominiętych w dzieciństwie. Przypominanych ostatnio lub nie.

Na Gościńcu w tym czasie codziennie będą ukazywały się posty  z książkami znanymi, zapomnianymi, uroczymi, czasem nielubianymi w dzieciństwie. Jeśli ktoś chciałby dołączyć poprzez zamieszczenie na swoim blogu wpisu o książkach z dzieciństwa lub też napisać tekst, który pojawiłby się na Gościńcu (jeśli nie posiada się bloga, nie chce się na nim zamieszczać infantylnego wpisu itd.) to zapraszam do zgłaszania się w komentarzach, pisania na pocztę (pudelko-czekoladek@wp.pl) lub też po prostu w pierwszym tygodniu listopada zamieszczenie posta o książkach dziecięcych lub młodzieżowych i zostawienie u mnie linku.

Nie jest to żadne wyzwanie, nie jest to żaden konkurs, po prostu zawsze miło wejść w najbardziej ponury miesiąc z dziecięcym optymizmem. Gdyby kawałek blogosfery zamienił się w kolorowy świat książek dziecięco-młodzieżowych, na pewno oswojenie listopada byłoby łatwiejsze.

A co dokładnie czytamy?
Oczywiście, literaturę dziecięcą, którą to łatwo rozpoznać pośród innych. Pomocą w doborze lektur może być blog Klasyka Młodego Czytelnika i listy książek na nim umieszczone.
Jeśli chodzi o lektury młodzieżowe wśród których granice są bardzo kruche, a wszelkie paranormale również uznawane są za książki dla młodych, proponuję jedyne książki wydane w PRLu i wcześniej. Posiłkować można się zestawieniem u Zacofanego w Lekturze oraz po raz kolejny - blogiem Klasyka Młodego Czytelnika.
W zabieganych czasach mile widziane są również wpisy o książkach czytanych przed kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu laty. Zestawienia, wspomnienia, opowieści o książkach dawno czytanych i ulubionych.


Byłabym wdzięczna, gdybyście umieścili banner, wpis opisujący całą akcję lub chociaż link do tego posta na swoim blogu, by jak najwięcej osób się o tym dowiedziało. Jednak oczywiście, nie zmuszam.

Jest ktoś chętny?

wtorek, 22 października 2013

Samotność w wielkim mieście ("Ukryte godziny" D. de Vigan)

Dzisiaj musicie zapomnieć o Paryżu, jaki żyje w waszych snach, jakim przepełnione są wszystkie opowieści. Że wieża Eiffla, że belle epoque, że Edith Piaf… Dzisiaj miasto oglądane będzie oczami paryżanina. Żadnego turysty z głową wypełnioną stereotypami. Człowieka, dla którego Paryż to droga dom-metro-praca...

Tym razem czeka na nas opowieść o Mathilde – samotnej matce trzech chłopców, która zaczyna mieć problemy w pracy. Jak to się dokładnie nazywa? Mobbing, bodajże. Szef jednego dnia zaczyna odsuwać ją od kolejnych projektów, pozbawia biura, udaje, że nie dostał jej maili...  Kobieta zostaje wręcz wciągnięta w pułapkę własnych myśli, najpierw starając się zrozumieć, co robi źle. Potem walcząc z tym. Nie wie tylko, że szybkiego, dobrego rozwiązania nie ma.
Równocześnie toczy się historia Thibaulta -samotnego lekarza, który właśnie rozstał się z dziewczyną i aktualnie całkowicie oddaje się pracy.

Troszkę schematyczne, jak to bywa w takim przypadku. Jednak jest coś, co wyróżnia  tę powieść. Normalnie wszystko powinno dążyć do momentu przełomowego, gnając z zawrotną szybkością. Tutaj w ogóle trudno znaleźć jakikolwiek moment przełomowy. Jesteśmy tylko my i bohaterowie, których drogi wiją się na wszystkie strony, nieprawdopodobnie blisko siebie, muskając się czasami.

I schemat się kończy. Zaczyna się dobra proza, niebanalna, o tym na co choruje teraz społeczność, mimo wszechobecnych uśmiechów i Dobrych Wróżek, mówiących: zrobisz to i będziesz szczęśliwy! czy myśl pozytywnie!. Zaczyna się opowieść o samotności, o chęci ucieczki, o strachu. Po prostu. Proza, której zawsze brakuje i  na którą zawsze zapotrzebowanie jest.


Jest też wielkie miasto. Paryż odgrywa niebanalną rolę. Nie w sensie komercyjnym, nie patrząc przez pryzmat zabytków, stereotypów, które wkładane nam są do głowy od małego . Paryż, mógłby być też Londyn, Nowy Jork, Madryt... Paryż, wielki, dudniący, pełen samotnych, mijających się w biegu ludzi.

Dwójka, której się przyglądamy, nadająca się cudownie do komedii romantycznej, odkrywa przed nami swoje drugie oblicze - pełne rozterek, pytań, niepewności, załamań.  Zazwyczaj zrezygnowane, boleśnie doświadczone. Samotne oblicze, które często ludzie chowają gdzieś głęboko przed innymi. Oblicze, które tak na prawdę, nas wszystkich łączy.

Jednak trzeba wspomnieć, czego tej książce zabrakło - duszy. Paradoksalnie, zbudowana jest cała na uczuciach, a uczuć czasem jej brakuje. Pani de Vigan nie posiada jeszcze (albo już?) rozmachu artysty, widać tylko świetnego rzemieślnika, który panuje nad wszystkimi postaciami, myślami, stylami, konstrukcjami. Bo warsztatowo książka jest świetna. Ale to jeszcze nie jest geniusz, i by wdrapać się jeszcze wyżej, potrzeba odrobiny czegoś. Dlatego książka może zginąć, wśród innych.

Mimo to, cały czas to dobra literatura. Takiej, jakiej czasem nam potrzeba. Po jakiej trudno się ruszyć z miejsca. Wstać i iść.

źródło zdjęcia,  źródło drugiego zdjęcia

"Ukryte godziny" D. de Vigan, wyd.Sonia Draga, 2010, tł.S.Kluza

niedziela, 20 października 2013

5.Wieczorem...


"List do pozostałych" E.Stachura

Umieram
za winy moje i niewinność moją
za brak, który czuję każdą cząstką ciała i każdą cząstką duszy,
za brak rozdzierający mnie na strzępy jak gazetę zapisaną hałaśliwymi nic nie mówiącymi słowami
za możliwość zjednoczenia się z Bezimiennym, z Pozasłownym, Nieznanym
za nowy dzień
za cudne manowce
za widoki nad widoki
za zjawę realną
za kropkę nad ypsylonem
za tajemnicę śmierci w lęku, w grozie i w pocie czoła
za zagubione oczywistości
za zagubione klucze rozumienia z malutką iskierką ufności, że jeżeli ziarno obumrze, to wyda owoc
za samotność umierania
bo trupem jest wszelkie ciało
bo ciężko, strasznie i nie do zniesienia
za możliwość przemienienia
za nieszczęście ludzi i moje własne, które dźwigam na sobie i w sobie
bo to wszystko wygląda, że snem jest tylko, koszmarem
bo to wszystko wygląda, że nieprawdą jest
bo to wszystko wygląda, że absurdem jest
bo to wszystko tu niszczeje, gnije i nie masz tu nic trwałego poza tęsknotą za trwałością
bo już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem
bo wygląda, że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku
bo już nie potrafię kochać ziemską miłością
bo noli me tangere
bo jestem bardzo zmęczony, nieopisanie wycieńczony
bo już wycierpiałem
bo już zostałem, choć to się działo w obłędzie, najdosłowniej i najcieleśniej ukrzyżowany i jakże bardzo i realnie mnie to bolało
bo chciałem zbawić od wszelkiego złego ludzi wszystkich i świat cały i jeżeli tak się nie stało, to winy mojej w tym nie umiem znaleźć
bo wygląda, że już nic tu po mnie
bo nie czuję się oszukany, co by mi pozwoliło raczej trwać niż umierać; trwać i szukać winnego, może w sobie; ale nie czuję się oszukany
bo kto może trwać w tym świecie - niechaj trwa i ja mu życzę zdrowia, a kiedy przyjdzie mu umierać - niechaj śmierć ma lekką
bo co do mnie, to idę do ciebie Ojcze pastewny żeby może wreszcie znaleźć uspokojenie, zasłużone jak mniemam, zasłużone jak mniemam
bo nawet obłęd nie został mi zaoszczędzony
bo wszystko mnie boli straszliwie
bo duszę się w tej klatce
bo samotna jest dusza moja aż do śmierci
bo kończy się w porę ostatni papier i już tylko krok i niech Żyje Życie
bo stanąłem na początku, bo pociągnął mnie Ojciec i stanę na końcu i nie skosztuję śmierci.

sobota, 19 października 2013

Moje książki na jesień.

Jest coś magicznego w tych jesiennych wieczorach i jesiennych stosach. Mój wybrakowany już trochę i wciąż uzupełniany na owo, rozgościł się dziś na biurku, przypominając mi o lekturach, na które czekałam już długo, lub które są splotem przedziwnych przypadków. Nazbierało ich się trochę, jednak od czego są długie wieczory przy dobrej organizacji?


Pierwsza, niepozorna Małgorzata Musierowicz, której "Frywolitki 2" mam zamiar sobie odświeżyć. Poza tym, wreszcie będę czytała własny egzemplarz i kreśliła w nim na każdej stronie! Dalej mój pierwszy Pratchett, już zaczęty, już się podobający, czyli "Ciekawe czasy". Znalazły się w stosie i wreszcie doczekały uwagi"Listy" Marii Dąbrowskiej i Jerzego Stempowskiego, kupione jakiś czas temu w Matrasie. Nie zapomniałam o Inspiratorach i pogłębiam znajomość z Astrid Lindgren - "Opowieść o życiu i twórczości", czyli biografia pióra Margaret Stromstedt i "Ramus, rycerz Białej Róży". Powoli rozpoczynam przygodę z wydawnictwem Czarne - na (prawie) pierwszy ogień idą "Farby wodne" Lidii Ostałowskiej. "Winter journal" to mój kochany Auster, którego czytam wyrywkowo (przez ten język), ale w stosie musi być. "W drodze", czyli kolejny klasyk do nadrobienia. Utknęłam w połowie. Na koniec coś wiktoriańskiego, by uciszyć wyrzuty sumienia, czyli "Trzech panów w łódce" (rzuciłam "Północ i południe", zupełnie do mnie nie przemówiło!)


Drugi stos, zdecydowanie bardziej dystyngowany, pewnie przez to, co zawiera. W okropnym formacie Tolkien dla dzieci, czyli "Rudy Dżil i jego pies. Kowal z Podlesia Większego". Z ukochanej serii młodzieżowej "Góra Czterech Wiatrów" Marii Kann. Zainspirowana recenzją Kingi, wyciągnęłam też Indian z półki - "Złoto Gór Czarnych" Alfreda Szklarskiego (chyba nigdy nie przeczytałam...). Dalej "Udręka i ekstaza", czyli rzecz Mistrza o Mistrzu. Prawie skończona, cudowna "Kwatera Bożych Pomyleńców" - czyli dobrze napisane o książkach, anegdotkach życiowych, z powstaniem w tle. No i na koniec niepozorna, absolutnie nie przykuwająca wzroku, ale wreszcie moja! Autobiografia Małgorzaty Musierowicz - "Tym razem serio". I wcale nie wydałam 200 złotych, których życzyli sobie na pewnej znanej stronie na a.

A co wy przygotowaliście sobie na jesień?

Zapraszam do zakładki wymiana (na górze strony)