Pokazywanie postów oznaczonych etykietą walizka z książkami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą walizka z książkami. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 czerwca 2014

Ballada o smutnej knajpie

Zabawnie porównuje się ostatnie nastroje do lektur aktualnie czytanych. Czytasz powoli, po kawałku, bo na więcej nie masz czasu i jednocześnie weryfikujesz cały swój dzień, lekkie kolory czy może jedynie czerń i biel.

W zabieganiu, z porozrzucanymi po wszystkich godzinach i czasach myślami, od miesiąca czytam Carson McCullers. Amerykańska autorka w kanon literatury światowej wpisała się książką "Serce to samotny myśliwy" i chyba jedynie ta pozycja zaistniała w świadomości czytelników. A do mnie trafiła trochę zapomniana "Ballada o smutnej knajpie" - króciutka, melodyjna i samotna nowela.

Było o pannie Amelii, która z głową do interesów, sklepem, knajpą i umiejętnością pędzenia najlepszego samogonu w mieście, żyła sobie spokojnie i dostatnio. Oczywiście, wszyscy jednocześnie wiedzieli, że panna Amelia była inna. Panna Amelia bowiem ubierała się raczej jak mężczyzna i była trochę straszna. Wszystko zmieniło się, gdy do miasteczka zawędrował garbus podający się za jej kuzyna. 

poniedziałek, 25 listopada 2013

Słów tylko kilka, bo się nie mieszczą ("Szklany klosz" S.Plath)

źródło
Pozbierałam wszystkie słowa do jednego słoika, starałam się zamknąć, ale się nie mieściły... Chyba dlatego, że tak mało było ich w samej książce.

Wiecie jak to jest, gdy emocje i legendy narastają wokół danego tytułu. I potem w jak dziwny sposób owe powieści się bronią. "Szklany klosz" zrzucił z siebie wszystkie słowa, którymi zwykli śmiertelnicy określają samotność, depresję, obłęd, chorobę psychiczną, zagubienie, niezrozumienie... Długo mogę wymieniać ja, długo możesz wymieniać i ty, dobrze o tym wiemy. Sylvia Plath tego nie robi.

czwartek, 14 listopada 2013

Przy tej książce słowa wirują... ("Kafka nad morzem" H.Murakami)


...układają się w dziwne konstelacje, łączą i oddziałują na siebie. A potem przewracamy ostatnią stronę, słowa uciekają, nie chcą w myślach tworzyć spójnej całości, więc zostają tylko kolory i nic nie znaczące zdania.

Niebieski.

Zielony.

Pomarańczowy.

Niewielki związek ma to z samą powieścią, w której kolory nie grają znaczącej roli. Murakami ma słowa, myśli. Przewaga czy może jedynie niewidoczne połączenie z naszymi kolorami?
"Kafka nad morzem" to opowieść w której po raz kolejny wszelkie możliwe światy łączą się w całość,
oddzielając się od siebie cienkimi liniami. Zaczyna się zwyczajnie. Jest chłopiec. Introwertyk, dojrzały jak na swój wiek - pierwiastek łączący z innymi powieściami autora. Jest klątwa, zabójstwo, jest analfabeta. Dwie historie toczą się niezależnie od siebie, jednocześnie praktycznie się ze sobą łącząc. Przed oczami pojawiają się ludzie. Różni, samotni, zagubieni, zadowoleni. Są retrospekcje, dziwna opowieść wojenna...

Albo inaczej - czego tam nie ma. Gdy teraz chce się o tym wspomnieć, zalewa nas fala stylów, figur, postaci, nawiązań. Przedziwny chaos, który zapewne znajdzie się w analizie tej książki, chociaż w samej książce go nie ma. Murakami posiada ten dziwny dar sterylnego i osobliwego pisania, który pozwala mu otwierać przed nami światy, czas i myśli bez uczucia zagubienia, oszołomienia czy przesytu.

Oczywiście jest jednocześnie to po części filozoficzne spojrzenie z różnych stron na nasze życie. Czasem zadziwiające, czasem jedynie upewniające, zawsze żyjące. Przede wszystkim - uspokajające. Są też nieodłączne nawiązania muzyczne, postacie z którymi po części utożsamiamy się. Są myśli, nuty, wspomnienia.

Murakami umie prowadzić czytelnika, umie prowadzić akcję. Jeśli gdzieś są niedociągnięcia, zostają one zatuszowane przez emocje czytelnika.
Oczywiście, nie każdego. Jak to z książkami bywa.
Jednak jeśli emocje już są, ostatnią rzeczą jest spojrzenie na tę książkę w miarę obiektywnie.

Zostaje więc odłożenie jej na półkę, schowanie wszelkich notatek czynionych na skrawkach papieru, paragonach, marginesach książki i zamknięcie oczu.

Zielony.

Żółty.

Lazurowy.

Ocena: 9/10

"Kafka nad morzem" H.Murakami, Muza, 2010, tł.A.Zielińska-Elliot

piątek, 8 listopada 2013

Nie samym tekstem żyje człowiek...


8 listopada. Rocznica urodzin Margaret Mitchell
Możemy sobie powspominać, poczytać, porozmawiać, pooglądać... Można też pomilczeć.

Mój emocjonalny tekst o ukochanej książce - tutaj.
Moich słów i myśli na dziś za dużo, więc będzie tylko to:






Tak się zastanawiam... Ja chyba nie miałabym siły przeczytać tej książki jeszcze raz...

środa, 30 października 2013

"Dobrze jest mieć księżyc w pełni." ("Ocean na końcu drogi" N.Gaiman)


Trudno unieść pióro, gdy przed chwilą zamknęło się książkę literacko dopieszczoną. Kawałek metalu i odrobina atramentu – wszystko ciąży w dłoni, przygniecione natłokiem myśli, interpretacji, wyobraźni i przyjaźni. Bezsens i zwykła bezsilność aż przytłacza w obliczu nie tyle książki genialnej, co wspaniale współgrających z nami. Tymi prawdziwymi.

Ocean? 
„To był tylko kaczy staw na samym końcu farmy. W dodatku niespecjalnie duży. Lettie Hempstock nazywała go oceanem, ale wiedziałem, że to niemądre. Powiedziała, że przybyły tu zza oceanu ze starego kraju.” 
A więc nie ocean, kaczy staw. Zwykły, prozaiczny, na jaki każdy z nas może natknąć się gdzieś pośród wiejskich domków. Leżący na końcu drogi. Tej drogi, na której zaczyna się nasza podróż pełna magii, innych światów, snów, niesamowitych stworów i niebezpieczeństw.

Książka dziwna do granic możliwości. Zbudowana na tym, co uwielbiamy u Lindgren – kruchych, samotnych zdaniach w których dusza uchwycona jest między słowami, a nie w samych słowach. Dziecku samotnym, kochającym, szukającym, które w pewnej chwili musi stawić czoła złemu. Jednak książki Lindgren są dla dzieci. Ocean jest straszniejszy, przyjęło się, że uważa się go za książkę dla dorosłych.

Zamknięte w ramach powieści strachy słowne, strachy postaciowe nigdy nie wystąpiły by w książce Astrid. Za straszne, za boleśnie przemawiające nie tylko do najmłodszych, do starszych również.
Jednocześnie ta książka jest tak zamarznięta, nieskłonna do obdarzania uczuciem, że czytelnik samoczynnie ją uczuciem obdarza.
Po prostu, lubi ją. Albo raczej, bo niebezpiecznie zaczynamy wchodzić w obszar my:
Po prostu, lubię ją.
Lubię ją tak bardzo, że nie pożyczę jej tobie, bo mazałam po niej i zaznaczałam fragmenty, które chwyciły mnie za serce. Lubię ją, tak jak lubię „Mio, mój Mio”, wracać do niej będę z takim samym niepewnym uśmiechem jak do „Doliny Muminków w listopadzie”.

Jednak zaczynam się gubić w tym momencie, zakładając na siebie niewygodne powiązania, porównania książek cudownych z cudownymi. Tutaj to się kończy dla ułatwienia.

Gaiman jest autorem, którego bohaterowie wiedzą co to strach, samotność, zagubienie. Jeszcze nie weszli na kolejny etap dojrzewania, jednak gdy tylko zamkniemy oczy, widzimy jak będzie wyglądać ich życie za kilka lat. Jak przyznaje bohater na samym końcu:
„Podejrzewam, że historia ma znaczenie tylko wtedy, gdy występujący w niej ludzie się zmieniają. Ale w czasie tych wszystkich wydarzeń miałem zaledwie siedem lat i pod ich koniec pozostałem tą samą osobą jak na początku, prawda? Podobnie wszyscy inni. Bo musieli. Ludzie się nie zmieniają.”
Trudno zgodzić się całkowicie z autorem (zostając tymi samymi jednocześnie cały czas zmieniamy się), jednak jeśli tak to wygląda w jego książce, co tam znajdziemy? Nie ma dynamicznego bohatera, nie ma i naszej wewnętrznej przemiany.
A jednak, jest…

Ukryta w opowieści, trzonie tej książki, gdy to przechodzimy ze świata do świata, rozglądając się czasem panicznie, cały czas czując uścisk Lettie.


* * *

Tak napisany zlepek emocji leży sobie już od dłuższego czasu. Od czasu kiedy zdążyłam po raz pierwszy pokochać Gaimana (nie mogłam go kochać za „Lustra i dym”, nie lubiłam ich), kiedy jeszcze cała pełna
zachwytów i niepewności przekręciłam ostatnią stronę „Oceanu na końcu drogi”.
Próbowałam poprawiać ten tekst, nie chciał, to nic, że nie miał odpowiedniego zakończenia, nie miał kilku zastrzeżeń jakie już padły kiedyś, w jakichś recenzjach. A chciałam wam o niej opowiedzieć. Już, teraz. Więc tylko jeszcze dopisek, możliwe, że zbędny:
Książka Gaimana zbudowana jest jak książka dla dzieci. I tematykę ma książek dla dzieci. I nie wyróżnia się za bardzo niczym nadzwyczajnym, jeśli porównywać ją do innych dobrych książek dla dzieci. No, poza tym, że jest straszniejsza. A więc, jak każdą dobrą książkę dla dzieci, warto ją przeczytać.
Chociaż może nie niesie za sobą wielkich mądrości i nie jest specjalnie przecudowna obiektywnym okiem patrząc. Może to w ogóle to jest reakcja na pierwsze takie spotkanie ze wspaniałą literaturą Gaimana.
Więc, jeśli podaruję ją wam na urodziny, to nie zdziwcie się. A jeśli jej nie podaruję, to sami sobie ją podarujcie. Dla własnej przyjemności.

Zarówno tytuł tekstu jak i wszelkie fragmenty oznaczone kursywą są cytatami z opisywanej książki.

"Ocean na końcu drogi" N.Gaiman, MAG, 2013, tł.P.Bratiner

czwartek, 3 października 2013

Świetna proza, czyli znowu o bardzo dobrej książce... ("Wszystkie boże dzieci tańczą" H.Murakami)

Nie żebym wyprzedzała fakty, czekając na rozdanie nagród Nobla, jednak po pani Oates przyszedł  czas na Murakamiego*.  Długą miałam przerwę, choć jego dwie powieści były jednymi z tych, które włączyłam w zaszczytny poczet ulubionych.

Trudno było mi ocenić, czy mają wielką wartość literacką, czy to może jedynie emocje, jakich gamę wywołały we mnie. Tym razem trafiłam na krótką formę, zbiór kilku opowiadań japońskiego mistrza słowa, które jak się okazało, ukazują jeszcze inny aspekt twórczości Murakamiego.

Tom "Wszystkie boże dzieci tańczą" zawiera sześć różnych opowieści, które łączy w pokręcony sposób wspólny mianownik - trzęsienie ziemi. Nigdy nie wymieniane w czołówce, nigdy nie będące osobistym przeżyciem głównego bohatera. A jednocześnie gdzieś wewnątrz żyjące, pchające, łamiące. Same opowiadania - niby każde inne, każde w innym stylu i stylizacji, a za każdym razem przebija się w nim wrażliwość i nigdy nie stracona nadzieja autora.
Co więcej, wszystkie razem łączą się w jakby mini-powieść, ich układ nie wydaje się być przypadkowy.

Rozpoczyna się ufem (czy może nie odmieniać?), a raczej, rozpoczyna się drogą, która mimo, że jesteśmy w połowie, wciąż zaczyna się na nowo. Typowy schemat Murakamiego w nowej wersji i nowej opowieści, cały czas z tą samą wrażliwością. Dalej, biegnie przez zmieniające się jak w kalejdoskopie obrazy, aż do zakończenia. Szczęśliwego z nutką melancholii. Widzimy dziwny progres w tych opowiadaniach, tak różnych i tak podobnych jednocześnie.

Autor bawi się stylami, snami, muzyką, surrealistycznymi wizjami, dodając do tego tak wiele człowieczeństwa, że wydaje się to wręcz nieprawdopodobne. Jego postacie to ludzie różni - przeciętni i nudni, wrażliwi i zagubieni, z wspomnieniami i bez. Jednak czy tego już wcześniej nie znaliśmy? Szczególnie tych zagubionych, wrażliwych, którzy zaludniają jego powieści? Tym razem, po raz pierwszy zobaczyłam u niego również wątki nierealne. Panie Żabo, dzień dobry! Czy Murakamiemu do twarzy z Panem? Przyznam, ciekawiej.  Nie powiem, że lepiej. Jednak ciekawie zdecydowaniej.

Trudno też nie zauważyć, jak wszystko jest wyważone i dobrane, mimo jednoczesnego szaleństwa i wręcz wybuchu wyobraźni. Murakami ma bardzo specyficzny, jakby ociosany styl pisania. Jednocześnie jest on bardzo poetycki. Dziwny, a mimo to zapadający w pamięci. Prosty i kunsztowny za razem. Z pojedynczymi zdaniami, których potem trudno pozbyć się z własnej świadomości.
Krótka forma ogranicza pisarza, a jednocześnie może ukazać jego zalety, niezauważone w przypadku powieści. U Murakamiego tak jest. Widać, że wszystko tam jest przemyślane, poukładane, na swoim miejscu, z puentą cichą i przemijającą, zabierają jakąś cząstkę nas. Malutkie, dzieła sztuki. Szczególnie dwa pierwsze, od których nie mogłam się oderwać i do których jakaś cząstka cały czas wędruje. W "Krajobrazie z żelazkiem" możemy zaobserwować pewne nici łączące również autora z Tove**.

Sztandarowe pytanie na koniec: Co z erotyzmem? Jakby potwierdzając niepisaną zasadę "Książka nie sprzeda się bez krwawych scen bądź seksu" nie zabrakło go tu. Jednak, o ile w "Norwegian wood" mieliśmy zdecydowany przesyt, tutaj jest powiedziałabym nawet, że wyważony i wreszcie współgrający z treścią. Po raz pierwszy, Murakamiemu udało się wszystko świetnie zgrać.

Słowem, takich przerw nie mogę sobie robić. Murakami to emocjonalna, a jednocześnie wyważona proza o ludziach szukających, nieszczęśliwych, czasem niespełnionych. Po prostu takich, jakimi każdy ktoś kiedy się czuł. Proza świetna.

"Wszystkie boże dzieci tańczą" H.Murakami, 2006, tł.A.Zielińska-Elliot 


                                                                                                                      

*O nagrodzie Nobla miałam pisać, bo już niedługo poznamy po raz kolejny laureata, jednak ubiegła mnie Blannche [tutaj], więc ja pokuszę się dopiero o jakąś notkę na podsumowanie, kiedy to (jak zwykle) nie zdobędzie nobla nikt znany szerszej publiczności, a wszyscy będą zaszokowani dziwnie brzmiącym, nieznanym nazwiskiem.(W tym roku to nazwisko ma być podobnież afrykańskie)
**Tove Jansson, która, jeśli ktoś jeszcze jest uprzedzony, pisała cudowne książki, czytane przeze mnie w kółko.

niedziela, 22 września 2013

Kolejna dziewczynka na półce ("Blondynka" J.C.Oates)

Pochłonęła mnie całkowicie ta historia, której zakończenie zna każdy. Dziwna, pokręcona, technicznie rzecz biorąc, nie mająca szans, by wybić się czymś innym niż tylko ponętną blondynką, znaną na całym świecie, umieszczoną na okładce. Gratka dla fanów aktorki, grającej w komediach romantycznych ubiegłego wieku, dla badaczy kina. Przytłaczająca ilością zapisanych stron, a więc i na pozór, przytłaczająca ilością nieumiejętnie upychanych na wolnych stronach faktów, by zanudzić i zniechęcić czytelnika.
Ale otwieramy, z sympatii dla owej aktorki, zainteresowani pochlebnymi wspominkami, a tam na nas czeka pierwsze zdanie:
Przybyła Śmierć, pędząc wzdłuż bulwaru w gasnącym sepiowym świetle.*
I to jest koniec. Koniec sympatii, wspomnień i pochlebstw. Teraz zaczyna się nasza przygoda, nasza marna egzystencja, nasze uprzedzenia, nasze lęki. Wszystko dzielone z nią. Blondwłosą aktorką.

To wielkie dzieło, wręcz monumentalne przyszło do mnie, gdy nie czytałam nic. Gdy zaczynałam kolejne książki, gdy rzucałam je w kąt, bo nigdy nie były za dobre na początku, bo stosy mi się piętrzyły, bo nie umiałam się skupić i byłam rozkojarzona. Blondynka paradoksalnie była trudna w czytaniu. Odrzucałam ją po kilku zdaniach, czasem wstrząsających, czasem nic nie znaczących. I za każdym razem wracałam.

Początek, dzieciństwo którego nie było i którego brak wszyscy przyjęli jako coś normalnego. Dalej dorastanie, etap kiedy to szukamy siebie, sensu i bezsensu, w Blondynce jak raczkowanie i stawianie pierwszych kroków, pierwszych błędów, pierwszych sukcesów, upokorzeń, pytań. Dorastanie, które nigdy się nie skończyło, które trwało do niedalekiego końca, te kilkanaście lat, przedłużony żywot zagubionego motyla…
To nie jest biografia Marilyn Monroe.
Marilyn Monroe to chwyt reklamowy, to przykrywka czegoś większego.

 

Ta książka jest przede wszystkim podróżą w głąb Normy Baker. Podróżą tylko naszą, gdzie istniejemy my i ona. Nikt więcej. Podróżą w głąb własnych słabości, własnych zachcianek i wątpliwości. Pani Oates otwiera przed nami kolejne komnaty uczuć blondwłosej aktorki, rzucając całkowicie inne światło na wykreowaną przez media postać. Z głupiutkiej laleczki wyłania się kobieta myśląca, pełna kompleksów, czasem słabości, uczuć i pragnień. Kobieta szukająca szczęścia, kobieta-marzenie, kobieta upadła, kobieta cierpiąca. Kobieta, którą tak dobrze rozumiemy!

Chociaż to na przeżyciach Marilyn Monroe skupiamy całą swoją uwagę, to z nią wszystko przeżywamy, z nią rozmawiamy w myślach godzinami, to trudno nie zauważyć również innych detali, małych szczegółów składających się na sukces tej książki.
Cierpki, wyuzdany świat Hollywood, o którego istnieniu nie zawsze zdajemy sobie sprawę, oczy mając przesłonięte czerwonym dywanem i biało-czerwonymi uśmiechami.
Marionetki tej historii, postacie drugoplanowe, okazujące się silniejsze od głównej bohaterki, naszej przyjaciółki.
Niebywała łatwość w opisywaniu przeżyć, zagłębianiu się w naturę ludzką i umiejętność patrzenia. Pani Oates – pani stała się dla mnie wzorem…

Trudno pisać o tej książce, bo bez wątpienia jest to książka wielka. Przytłaczająca swoim kunsztem, porywająca swoją autentycznością i bezbronnością. Książka, którą się smakuje, którą czyta się długo, która jest przyjemnością. Tak dobrą, że aż czasem boli. Tak dobrą, że pisać o niej trudno.

*"Blondynka" str.13

"Blondynka" J.C.Oates, wyd.Rebis, 2011, tł.M.Ferek

sobota, 14 września 2013

Dwie dziewczynki w świecie samotności... (książki Romy Ligockiej)

Zawirowało w moim życiu, coś gdzieś zostało napełnione, gdzieś coś zostało wylane. Niektóre wydarzenia zaczęły blaknąć, schnąć, przestały nawet udawać, że cały czas żyją. Inne nabrały kolorów, jakby pociągnięte grubą, zdecydowaną kreską. Miejscami. Miejscami też wszystko zostało po staremu. Tylko z nowym spojrzeniem, nie, nie przez różowe okulary. Raczej takie butelkowo zielone. Nie optymizujące, nie pesymizujące.

Wszystko się stało za sprawą jednej pisarki. Roma Ligocka, nazwisko znane, chociaż nie sławne. Okropnie bestsellerowa Dziewczynka w czerwonym płaszczyku zawirowała mną, pokazała coś, coś uświadomiła, na coś uwrażliwiła. Zostawiła też coś. Tę siłę, która sprawia, że chcemy więcej. I to nie nachalnie, raczej w ten wysublimowany, groteskowo kulturalny sposób. Po prostu wiemy, że to teraz jest dla nas, że na nas czeka, że nam pomoże.

Czytałam więc kolejne książki pani Romy. "Kobieta w podróży", "Znajoma z lustra" - jakby frywolne, czasem zatykające dech w piersiach, ale cały czas lekkie, umiejętnie napisane felietony. Takie, by nadawać się do popularnej gazety. Jednocześnie takie, które po cichu, w lekkich słowach powiedzą to, co my kryjemy gdzieś głęboko, co chowamy, czego czasem nie jesteśmy świadomi. Były też te trudniejsze - "Dobre dziecko" i "Tylko ja sama". Napisane równie lekko, niosące jednak ogromny ładunek emocjonalny. Poruszające, traktujące po raz kolejny o dorastaniu z bagażem doświadczeń, rozwijające kolejne wątki, kiedyś już rozpoczęte.
„Nieprawda, że dojrzewanie, czas kiedy jest się młodym, ładnym i wesołym, to okres szczęśliwości”*

Ta książka… Te książki… Dwie ostatnie, przede wszystkim „Dobre dziecko”… Ta książka czasem boli, czasem wywołuje uśmiech, czasem przerażenie, często lawinę wspomnień i rozterki własne. A przede wszystkim tak dużo sympatii i zrozumienia. Bo pani Roma przeżywała to wszystko kiedyś, dawno. I do dziś w niej to żyje. A dziś ja tak dużo podobnego przeżywam…

Pani Romo, dziękuję. Wiem, że było trudno…

I za cholerę nie powiem, że to lista ulubionych. To po prostu lista potrzebnych bardzo. Dla wszystkich na tym samotnym świecie dorastania...

* * *
A teraz zbieram się, żeby nie było, że znowu strasznie uczuciowo. Tylko trudno tak, jeśli książkę postrzega się poprzez swoje życie swoje uczucia…

Dla niecierpliwych: literatura to dobra. Świetnie napisana, poprowadzona, z wstawką historyczną, z bohaterami z życia pożyczonymi, z pamiętnikiem żydowskiej matrony, taka, którą czyta się jednym tchem, mimo zimna, znużenia i niewygodnego krzesła.

I co najlepsze, nie to jest w niej najlepsze…

"Dobre dziecko" R.Ligocka, wyd.Literackie, 2012 oraz (w mniejszym stopniu) "Znajoma z lustra", "Kobieta w podróży", "Tylko ja sama"
Pamiętajcie jednak, zacznijcie od "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku"

*cytat z okładki

poniedziałek, 9 września 2013

Opowieść o malarzu bez ucha i z sercem... ("Pasja życia" I.Stone)

Otwierasz tę książkę, delikatnie, jakby z nabożeństwem. Czujesz jak ciąży ci w ręku ilość wspomnień zawarta na zadrukowanych, postrzępionych kartkach. Wcześniej wciśnięta niedbale między inne, dla ciebie nabiera wagi, już nie możesz jej odłożyć, przynajmniej następne kilka dni poświęcisz zatapiając się w pasji tworzenia, pasji zdobywania, pasji życia. I ten witający nas okrzyk:
„Monsieur van Gogh, czas wstawać!”*
A więc wstajemy i my. Chociaż za oknem dżdżysty, zakurzony Londyn, chociaż wiemy, co może oznaczać ten chłód w spojrzeniu Urszuli, wstajemy jakbyśmy wstawali po raz pierwszy, po raz pierwszy podrywali się do życia.

Oczywiście nie wszystko będzie tak cudowne, jak tego pierwszego dnia. Mimo wszystko musimy szukać. Van Gogh w swoim życiu robił  chyba wszystko. Sprzedawał kiczowate obrazy innych artystów w Londynie, kształcił się na duchownego, głosił nauki wśród najbiedniejszych górników, wreszcie malował. We wszystkim zatapiał się całkowicie. Bez niepewnych prób, bez oglądania się na innych. Zazwyczaj samotnie, przeciwnie do kierunku potrzeb ciała i społeczeństwa, przymierając głodem, jako nadzieję, zasadę i jedyną zapłatę trzymając w zakamarkach pamięci kiedyś zasłyszane zdanie:
„Nieraz jeszcze w życiu będzie się panu zdawało, że poniósł pan klęskę. Ale w końcu znajdzie pan wyraz dla siebie – i to usprawiedliwi pańskie życie.”**


Znalazł. Malarstwo, wyrażanie siebie za pomocą pędzla i farby. Gdzieś w głębi siedziało to od dawna. Umiejętność łapania, oddawania ludzkich charakterów w nieporadnych szkicach.  Znajomość ze słońcem i jego barwami. Przyjaźń z cieniem i technikami rzucania go wprost w ludzkie serca.  Wiedział, że ma tylko jedno życie, by znaleźć i oddać, to co ma w sobie. Zaczynał późno, kiedy inni rozkwitali, on dopiero wychylał się nieporadnie ponad ziemię. Jednak nie patrzył na nich, szukał siebie.

Rozwijał się powoli, czasem jakby ograniczany wręcz ciałem. Jednak pamiętał, co miało jego życie usprawiedliwić.

Trzymamy w rękach historię człowieka wielkiego. Malarza bez ucha, który kochał, ufał, lecz podążał za swoją duszą, wiedząc, że inne pragnienia to tylko wytwory wyobraźni. Historię opisał również człowiek wielki. Malarz ludzkich losów, oddający wszystko w sposób mistrzowski. Człowiek, którego pasja włożona w tę historię tak samo nas obezwładnia, zachwyca, mieni się taką samą ilością odcieni, co obrazy mistrza. Dwie pasje splatające się w jednym miejscu..

Zostaje jeszcze czytelnik. Maleńki, przy dwóch szalejących talentach, tak dawno, a jednocześnie niedawno odkrytych.  Stojący, bez bojaźni pochylający się nad niosącą taką siłę książką. Czerpiący z niej.  Cały czas szukający. 

Ta zniszczona, zaczytana książka czaruje. Nie zapomina się jej tak łatwo, nie odchodzi się od niej tak łatwo. Łapczywie czyta się kolejne zadrukowane, niby zwyczajne karty. Pierwsze czytanie, drugie. I widać, jak ta na pozór tragiczna historia, była historią najszczęśliwszą na świecie.

Po prostu przeczytajcie...

"Pasja życia" I.Stone, wyd.Muza, 2002, tł.W.Kragen

*"Pasja życia" I.Stone, str.5
**"Pasja życia" I.Stone, str.49