Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabrałam Wróżce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabrałam Wróżce. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą: Znowu na Placu Słonecznym


 

Gdy sięgasz po drugą część musisz mieć zaufanie do autora. By przeżyć przygodę, również jest to potrzebne. Ja ufałam autorce książek o Agacie z Placu Słonecznego, dzieci wreszcie ufały niani i chyba właśnie dlatego tak wyśmienicie się bawiliśmy…

Zamiast jednej dłuższej przygody, mieliśmy kilka pomniejszych. Za to jakich! Zostajemy zabrani w miejsca, które od dawna śnią się po nocach – Nibylandia, Kraina Śniegu. Na naszych oczach świat pokrywa się koronką. Nic, tylko zostać tam na zawsze.
No i ostatni rozdział… Pani Ewa umie budować wspaniałe historie.

I nie umniejszając innych zalet tej książce, owe historie są najpiękniejsze. Może czasem brakuje im słów, by oddać całą wspaniałość krajobrazów rysujących się w głowie, może czasem nie mają prawdziwej głębi, jednak już samo przebywanie w krainach, które zaistniały w wyobraźni autorki – magia, której w żaden sposób nie da się zastąpić.

Nasi bohaterowie nie zmieniają się od poprzedniego tomu – inteligentne, czasem niegrzeczne i zabawne rodzeństwo a obok nich niania – praktycznie chodzący ideał. Może nie chwytający za serce (chociaż te Trojaczki…), jednak miło było z nimi zagłębiać w kolejne kraje na mapie wyobraźni…


Jest też troszkę o tęsknocie i miłości. Jest o radości i łączności. Wiecie, jak to powinno być w porządnych książkach dla dzieci. 

Druga część? Czuć. Więcej radości i spokoju, nie tylko w naszych głowach, ale również piórze pani Ewy. Widać, znajduje ona swój styl, zapomina miejscami o konwencjonalnych rozwiązaniach, jednocześnie cały czas utrzymując łączność i czerpiąc z pięknych tradycji literatury dziecięcej.

I te ilustracje...

"Agata z Placu Słonecznego. Agata i jeszcze ktoś" E.Karawan-Jarzębska, 2013
Za książkę dziękuję wydawnictwu Magrinesy



poniedziałek, 4 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą: Gdy zaczynają opadać liście...


Nie ma wyraźnej granicy oddzielającej lato od jesieni. Po prostu, w pewnej nieuchwytnej chwili słońce zaczyna inaczej świecić. Zamiast ciągłych, oślepiających błysków, posyła nam pomarańczowe promienie. Intensywne (zbledną z czasem), ale pomarańczowe. Już nie ogniste. Potem przychodzi wiatr. Wpadający rano przez otwarte okno pachnący nie letnich przygód, ale drobinkami zimowych płatków. I to już jest to.
Niby drzewa jeszcze zielone, niby ptaki świergolą rano, ale to jesień. Czuć.

Są też takie książki. Jesienno – wakacyjne. Z zieloną okładką, z latem w środku. Króciutkie.

Moja opowieść była o Marysi. Nieśmiałej, uśmiechniętej, która na wakacje przyjechała do cioci. Tam czekał na nią stary, opuszczony domek, czekała na nią pani Wróżka, czekały dzwoneczki i pewien kot.

Znacie takie historie, ja też je dobrze znam. Są jednymi z tych, które czyta się szybko, acz z uwagą i przyjemnością. Są jednymi z tych, które czyta się z uśmiechem, odnajduje się w nich własne marzenia i wątpliwości.
Historia Marysi właśnie taka jest. Pełna ciepła, dziecięcego odkrywania świata, z tymi ukochanymi bohaterami, o których potem myślimy ciepło w trakcie jesiennych wieczorów.
Ja przede wszystkim myślę sobie o pani Wróżce, kobiecie już troszkę starszej. O jej dzwoneczkach, miłych zmarszczkach pod oczami i ciepłej kuchni. I o tym, jak spędzę przy okazji kolejne wakacje.
Myślę też o Marysi, troszkę podobnej do młodszej mnie. Z blond warkoczykami i niebieską sukieneczką.

Książkę pani Emilki czytałam w malutkim domku zaszytym gdzieś w górach, w sierpniu. Dziewczęcą, wiśniową książeczkę, pełną problemów tamtych lat i wielkich wyborów. Wielkich, jak na rozmiar Marysi i każdej małej dziewczynki.
Mądra, wakacyjna, pełna uśmiechu i czasem melancholii... Lubię ją.

Wspomnieć też trzeba o pięknych ilustracjach pani Małgorzaty Musierowicz. Chwytające za serce. 
I miło jest myśleć, że od 8 listopada będziemy mogli przeczytać kolejną książkę pani Kiereś, "Kwadrans"

Obydwie grafiki pochodzą ze strony poświęconej "Srebrnemu dzwoneczkowi".

"Srebrny dzwoneczek" E.Kiereś, Akapit-Press, 2010

środa, 30 października 2013

"Dobrze jest mieć księżyc w pełni." ("Ocean na końcu drogi" N.Gaiman)


Trudno unieść pióro, gdy przed chwilą zamknęło się książkę literacko dopieszczoną. Kawałek metalu i odrobina atramentu – wszystko ciąży w dłoni, przygniecione natłokiem myśli, interpretacji, wyobraźni i przyjaźni. Bezsens i zwykła bezsilność aż przytłacza w obliczu nie tyle książki genialnej, co wspaniale współgrających z nami. Tymi prawdziwymi.

Ocean? 
„To był tylko kaczy staw na samym końcu farmy. W dodatku niespecjalnie duży. Lettie Hempstock nazywała go oceanem, ale wiedziałem, że to niemądre. Powiedziała, że przybyły tu zza oceanu ze starego kraju.” 
A więc nie ocean, kaczy staw. Zwykły, prozaiczny, na jaki każdy z nas może natknąć się gdzieś pośród wiejskich domków. Leżący na końcu drogi. Tej drogi, na której zaczyna się nasza podróż pełna magii, innych światów, snów, niesamowitych stworów i niebezpieczeństw.

Książka dziwna do granic możliwości. Zbudowana na tym, co uwielbiamy u Lindgren – kruchych, samotnych zdaniach w których dusza uchwycona jest między słowami, a nie w samych słowach. Dziecku samotnym, kochającym, szukającym, które w pewnej chwili musi stawić czoła złemu. Jednak książki Lindgren są dla dzieci. Ocean jest straszniejszy, przyjęło się, że uważa się go za książkę dla dorosłych.

Zamknięte w ramach powieści strachy słowne, strachy postaciowe nigdy nie wystąpiły by w książce Astrid. Za straszne, za boleśnie przemawiające nie tylko do najmłodszych, do starszych również.
Jednocześnie ta książka jest tak zamarznięta, nieskłonna do obdarzania uczuciem, że czytelnik samoczynnie ją uczuciem obdarza.
Po prostu, lubi ją. Albo raczej, bo niebezpiecznie zaczynamy wchodzić w obszar my:
Po prostu, lubię ją.
Lubię ją tak bardzo, że nie pożyczę jej tobie, bo mazałam po niej i zaznaczałam fragmenty, które chwyciły mnie za serce. Lubię ją, tak jak lubię „Mio, mój Mio”, wracać do niej będę z takim samym niepewnym uśmiechem jak do „Doliny Muminków w listopadzie”.

Jednak zaczynam się gubić w tym momencie, zakładając na siebie niewygodne powiązania, porównania książek cudownych z cudownymi. Tutaj to się kończy dla ułatwienia.

Gaiman jest autorem, którego bohaterowie wiedzą co to strach, samotność, zagubienie. Jeszcze nie weszli na kolejny etap dojrzewania, jednak gdy tylko zamkniemy oczy, widzimy jak będzie wyglądać ich życie za kilka lat. Jak przyznaje bohater na samym końcu:
„Podejrzewam, że historia ma znaczenie tylko wtedy, gdy występujący w niej ludzie się zmieniają. Ale w czasie tych wszystkich wydarzeń miałem zaledwie siedem lat i pod ich koniec pozostałem tą samą osobą jak na początku, prawda? Podobnie wszyscy inni. Bo musieli. Ludzie się nie zmieniają.”
Trudno zgodzić się całkowicie z autorem (zostając tymi samymi jednocześnie cały czas zmieniamy się), jednak jeśli tak to wygląda w jego książce, co tam znajdziemy? Nie ma dynamicznego bohatera, nie ma i naszej wewnętrznej przemiany.
A jednak, jest…

Ukryta w opowieści, trzonie tej książki, gdy to przechodzimy ze świata do świata, rozglądając się czasem panicznie, cały czas czując uścisk Lettie.


* * *

Tak napisany zlepek emocji leży sobie już od dłuższego czasu. Od czasu kiedy zdążyłam po raz pierwszy pokochać Gaimana (nie mogłam go kochać za „Lustra i dym”, nie lubiłam ich), kiedy jeszcze cała pełna
zachwytów i niepewności przekręciłam ostatnią stronę „Oceanu na końcu drogi”.
Próbowałam poprawiać ten tekst, nie chciał, to nic, że nie miał odpowiedniego zakończenia, nie miał kilku zastrzeżeń jakie już padły kiedyś, w jakichś recenzjach. A chciałam wam o niej opowiedzieć. Już, teraz. Więc tylko jeszcze dopisek, możliwe, że zbędny:
Książka Gaimana zbudowana jest jak książka dla dzieci. I tematykę ma książek dla dzieci. I nie wyróżnia się za bardzo niczym nadzwyczajnym, jeśli porównywać ją do innych dobrych książek dla dzieci. No, poza tym, że jest straszniejsza. A więc, jak każdą dobrą książkę dla dzieci, warto ją przeczytać.
Chociaż może nie niesie za sobą wielkich mądrości i nie jest specjalnie przecudowna obiektywnym okiem patrząc. Może to w ogóle to jest reakcja na pierwsze takie spotkanie ze wspaniałą literaturą Gaimana.
Więc, jeśli podaruję ją wam na urodziny, to nie zdziwcie się. A jeśli jej nie podaruję, to sami sobie ją podarujcie. Dla własnej przyjemności.

Zarówno tytuł tekstu jak i wszelkie fragmenty oznaczone kursywą są cytatami z opisywanej książki.

"Ocean na końcu drogi" N.Gaiman, MAG, 2013, tł.P.Bratiner

piątek, 27 września 2013

Ruda czarodziejka ("Agata z Placu Słonecznego. Przybycie Agaty" E.Karwan-Jastrzębska)

Pewnego dnia się pojawiła. Zupełnie niespodziewanie. Ruda, w różowym płaszczu, na rowerze obsypanym gwieździstym pyłem. Rodzice musieli wyjechać, więc potrzebowali jej. Niani, która da sobie radę z piątką niesfornych i inteligentnych dzieciaków. Wyjechali, a ona została, by nie tylko od czasu do czasu strofować podopiecznych, ale przede wszystkim wprowadzić ich w magiczny świat, który docenić umieją tylko najmłodsi.

Agata pojawia się i znika. Nie wiadomo, skąd pochodzi, kim jest, ale jednego możemy być pewni: wywróci życie rodzeństwa do góry nogami i nic już nie będzie takie samo...
Wywracając do góry nogami życie rodzeństwa, wywraca również nasze. W szare, ponure, przesiąknięte zaokiennym deszczem wprowadza przeróżne kolory, odcienie, wzory i faktury. 

Zapraszam…

…do świata, gdzie spotkamy wszystkie nasze dalekie  marzenia i wyobrażenia. Zaczerpnięte po trochu od mistrzyni Lindgren, u której również można spotkać ratowanie i malowanie odległego świata przez całkiem małe i jednocześnie całkiem wrażliwe dzieci, zaczerpniętych trochę od Alicji (w pierwszej fazie wtajemniczenia), z cytatami o wyobrażaniu sobie niemożliwych rzeczy tuż przed śniadaniem*, z zabraniem tego ciepła, dobroci, tęsknoty i wrażliwości, jaka cechuje wszystkie dobre książki dla dzieci na tym świecie.

… do świata, w którym główną rolę odegra ona. Tytułowa Agata, sympatyczna, przebojowa, tajemnicza, zdecydowana czarodziejka. Inspirowana Mary Poppins, od Mary Poppins troszkę się różniąca (na ile mogę oceniać Mary Poppins – ja, mająca niewielką wiedzę i niewiele wspomnień jej dotyczącej), choć również do złudzenia ją przypominająca. Dostosowana po prostu do naszych wymagających czasów.

… do świata, pełnego dzieci. Inteligentnych dzieci, niecierpiących niań, chorujących na zawołanie,
trzymających się razem, niepozbawionych uroku. Oczywiście, owym dzieciom można dużo zarzucić od strony realistycznej, bo Trojaczki są zdecydowanie wyrośnięte i za bardzo elokwentne jak na swój dość młody wiek (lat trzy), a Bliźniaki za spokojne jak na swoje dziewięć wiosen (choć jednocześnie przebiegłości mają tyle ile normalne, zdrowo chowane dziewięcioletnie pacholę). Jednak gdybyśmy patrzyli na to od strony realistycznej, z miejsca jesteśmy zgubieni, więc się strzeż, Czytelniku! Pamiętaj, że nie masz już tylu możliwości, iloma obdarowany został odbiorca z grupy docelowej (przedział 8-11, jak mniemam).

… do świata magii zostającej cały czas w sferze wyobraźni. Jako ten stojący na gorszej pozycji, bo pozbawionej (choć po części) dziecięcego idealizmu, czytelnik, aż uśmiechałam się, widząc kolejne sprytne zabiegi autorki. Gdybyśmy uparli się, by nie wierzyć w ten cudowny świat, niezdefiniowany (drugi, gdzieś poza naszym wymiarem, czy może ten nasz, tylko z baśniowymi efektami?), autorka zostawia nam wolną rękę: niania ucina wszelkie spekulacje, co to za przygody dzieci miały tamtej nocy, niewerbalnie, choć stanowczo zaprzecza, i podaje realistyczne wytłumaczenia, dlaczego też pojechała pod drzewo na Placu Słonecznym w środku deszczowej nocy (wierząc w tę ewentualność można narazić się na kpiące spojrzenia dzieci – że przez swoje ograniczenia nie widzimy tego, co oczywiste, choć magiczne).

…do świata stworzonego (prawie) idealnie. Język jest giętki, miły w słuchaniu, plastyczny, taki po którym na twarzy wypływa ten uśmiech. Stara, dobra szkoła literatury dziecięcej (prosto i kunsztownie zarazem), przyprawiona odrobinką współczesności. Czasem zdarzają się momenty za długie, jednak trudno nazwać je zapychaczami. Mogą być zauważone przez czytelnika, nie muszą.
Wydanie, choć na pierwszy rzut oka, nie było powalające, chwytające za serce, czy może też zapadające w pamięć, podczas lektury staje się nieodłączną częścią tej książki, zaczynamy doceniać jego kunszt i wyważenie. Chociaż okładka cały czas nie jest taka, na jaką zasługuje ta opowieść i na jaką zasługują Najmłodsi Czytelnicy.

… do świata pełnego wolnego pola, na którym może spokojnie przechadzać się wyobraźnia. Przyznam szczerze, zupełnie subiektywnie i nie za bardzo wyważenie - uwielbiam tę książkę!
Nie jest to literatura z najwyższej półki literatury dziecięcej, brakuje jej jeszcze jednego księżyca i czterech gwiazdek do najwyższego szczebla, a mimo wszystko jest to książka, która porusza wszystkie struny i zapadającą w sen moją wyobraźnię. Dziękuję pani za to, pani Ewo!

Jednak na nic zdają się tu moje komentarze i moje zachęty wobec jednego słowa, które po przeczytaniu kilku rozdziałów wypowiedział mój siedmioletni brat – fajne… Ja  mogę go tylko poprzeć, fajne. Szczególnie dla małych szkrabów. I dla tych, którzy czasem lubią uciekać do takiego świata.


"Agata z Placu Słonecznego. Przybycie Agaty" E.Karwan-Jastrzębska, wyd.Marginesy, 2012
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Marginesy.