Nie ma wyraźnej granicy oddzielającej lato od jesieni. Po prostu, w pewnej nieuchwytnej chwili słońce zaczyna inaczej świecić. Zamiast ciągłych, oślepiających błysków, posyła nam pomarańczowe promienie. Intensywne (zbledną z czasem), ale pomarańczowe. Już nie ogniste. Potem przychodzi wiatr. Wpadający rano przez otwarte okno pachnący nie letnich przygód, ale drobinkami zimowych płatków. I to już jest to.
Niby drzewa jeszcze zielone, niby ptaki świergolą rano, ale to jesień. Czuć.
Są też takie książki. Jesienno – wakacyjne. Z zieloną okładką, z latem w środku. Króciutkie.
Moja opowieść była o Marysi. Nieśmiałej, uśmiechniętej, która na wakacje przyjechała do cioci. Tam czekał na nią stary, opuszczony domek, czekała na nią pani Wróżka, czekały dzwoneczki i pewien kot.
Niby drzewa jeszcze zielone, niby ptaki świergolą rano, ale to jesień. Czuć.
Są też takie książki. Jesienno – wakacyjne. Z zieloną okładką, z latem w środku. Króciutkie.
Moja opowieść była o Marysi. Nieśmiałej, uśmiechniętej, która na wakacje przyjechała do cioci. Tam czekał na nią stary, opuszczony domek, czekała na nią pani Wróżka, czekały dzwoneczki i pewien kot.
Historia Marysi właśnie taka jest. Pełna ciepła, dziecięcego odkrywania świata, z tymi ukochanymi bohaterami, o których potem myślimy ciepło w trakcie jesiennych wieczorów.
Ja przede wszystkim myślę sobie o pani Wróżce, kobiecie już troszkę starszej. O jej dzwoneczkach, miłych zmarszczkach pod oczami i ciepłej kuchni. I o tym, jak spędzę przy okazji kolejne wakacje.
Myślę też o Marysi, troszkę podobnej do młodszej mnie. Z blond warkoczykami i niebieską sukieneczką.
Książkę pani Emilki czytałam w malutkim domku zaszytym gdzieś w górach, w sierpniu. Dziewczęcą, wiśniową książeczkę, pełną problemów tamtych lat i wielkich wyborów. Wielkich, jak na rozmiar Marysi i każdej małej dziewczynki.
Ja przede wszystkim myślę sobie o pani Wróżce, kobiecie już troszkę starszej. O jej dzwoneczkach, miłych zmarszczkach pod oczami i ciepłej kuchni. I o tym, jak spędzę przy okazji kolejne wakacje.
Myślę też o Marysi, troszkę podobnej do młodszej mnie. Z blond warkoczykami i niebieską sukieneczką.
Książkę pani Emilki czytałam w malutkim domku zaszytym gdzieś w górach, w sierpniu. Dziewczęcą, wiśniową książeczkę, pełną problemów tamtych lat i wielkich wyborów. Wielkich, jak na rozmiar Marysi i każdej małej dziewczynki.
Mądra, wakacyjna, pełna uśmiechu i czasem melancholii... Lubię ją.
Wspomnieć też trzeba o pięknych ilustracjach pani Małgorzaty Musierowicz. Chwytające za serce.
I miło jest myśleć, że od 8 listopada będziemy mogli przeczytać kolejną książkę pani Kiereś, "Kwadrans"
Obydwie grafiki pochodzą ze strony poświęconej "Srebrnemu dzwoneczkowi".
"Srebrny dzwoneczek" E.Kiereś, Akapit-Press, 2010


Nie czytałem jeszcze, ale chyba w końcu się skuszę. :)
OdpowiedzUsuńZachęcam :)
UsuńCzytałam. Piękna opowieść o Życiu, Śmierci. O przyjaźni. O szalonej cioci.
OdpowiedzUsuńTakże i o zwierzętach - pojawia się tam kotek. Spodobała mi się próba usprawiedliwienia kotka, który podrapał Marysię.
Ja nie z tym okiem, by na zwierzęta w książkach być nastawiona. Ale kotek rzeczywiście, rolę odegrał. :-)
UsuńJa też nie tylko tym okiem.
UsuńAle zwierzęta potrafią dodać ciut uroku książce. Jak choćby w tej kamienicy w "Ucho od śledzia" u Ożogowskiej.
Niby książka nie jest o zwierzętach, tylko o trudnej koegzystencji ludzi w przeludnionej po wojnie kamienicy. Ale zwierzęta też odgrywają niebagatelną rolę. Bez Pimpusia, kotki syjamskiej czy kanarków to już nie byłaby ta kamienica.
Mam sentyment do książek Ożogowskiej.
Do "Srebrnego dzwoneczka" muszę powrócić. Jeszcze bumerang pamiętam - też odegrał rolę w książce.
PS. Nawet na plebani w Haworth były zwierzęta ;)
Aż dziwne, "Ucho od śledzia" czytałam tak dawno, a zwierząt nie da się zapomnieć. Pies Emily to już w ogóle klasyka. ;-)
UsuńJeszcze nigdy nie czytałam żadnej książki p. Emilii. Chyba najwyższy czas to nadrobić :)
OdpowiedzUsuńNawet nie chyba. ;-)
UsuńAni do mnie nie trafiła :)
OdpowiedzUsuńNiemniej, losy Marysi to chyba takie moje młode lata :)
Zaglądam tu tak często, że obserwuję :D Miłego!
UsuńAż i u mnie się nastrojowo zrobiło jak tak przeczytałam Twoją recenzję :) A "Srebrnego dzwoneczka" nie miałam okazji czytać :)
OdpowiedzUsuńTo zachęcam do stworzenia takiej atmosfery i na swoim blogu. ;-)
Usuń[W życiu nie zachęcałam tak ludzi do czegoś, koniec, ja przestaję, bo nie mam siły...]
OdpowiedzUsuńhmm? :)
UsuńKolejna książka, która mnie w dzieciństwie ominęła...A tak by teraz fajnie było poczytać i pomarzyć o wakacjach...
OdpowiedzUsuń