niedziela, 29 września 2013

2. Wieczorem...

Christopher Clark
Ewa Lipska "Wybaczcie mi to…"

Nie odpowiadam, na wasze listy telefony.
Porzucam przyjaźnie.

Wybaczcie mi to…

Coraz bardziej przywiązuję się do siebie,

Wycofuję się w głąb.
Nie zadziwia mnie naród.
Nie zadziwia mnie tłum.
Zwycięstwa i klęski łączą się w jedno.
Zyski i straty łączą się w jedno.
Na wrzosowiskach podziwiam motyla.
Nocami karmię nietoperze.
Z wierzchołka góry
obserwuję
zachodzącą ostrygę słońca.


Wybaczcie mi to…

piątek, 27 września 2013

Ruda czarodziejka ("Agata z Placu Słonecznego. Przybycie Agaty" E.Karwan-Jastrzębska)

Pewnego dnia się pojawiła. Zupełnie niespodziewanie. Ruda, w różowym płaszczu, na rowerze obsypanym gwieździstym pyłem. Rodzice musieli wyjechać, więc potrzebowali jej. Niani, która da sobie radę z piątką niesfornych i inteligentnych dzieciaków. Wyjechali, a ona została, by nie tylko od czasu do czasu strofować podopiecznych, ale przede wszystkim wprowadzić ich w magiczny świat, który docenić umieją tylko najmłodsi.

Agata pojawia się i znika. Nie wiadomo, skąd pochodzi, kim jest, ale jednego możemy być pewni: wywróci życie rodzeństwa do góry nogami i nic już nie będzie takie samo...
Wywracając do góry nogami życie rodzeństwa, wywraca również nasze. W szare, ponure, przesiąknięte zaokiennym deszczem wprowadza przeróżne kolory, odcienie, wzory i faktury. 

Zapraszam…

…do świata, gdzie spotkamy wszystkie nasze dalekie  marzenia i wyobrażenia. Zaczerpnięte po trochu od mistrzyni Lindgren, u której również można spotkać ratowanie i malowanie odległego świata przez całkiem małe i jednocześnie całkiem wrażliwe dzieci, zaczerpniętych trochę od Alicji (w pierwszej fazie wtajemniczenia), z cytatami o wyobrażaniu sobie niemożliwych rzeczy tuż przed śniadaniem*, z zabraniem tego ciepła, dobroci, tęsknoty i wrażliwości, jaka cechuje wszystkie dobre książki dla dzieci na tym świecie.

… do świata, w którym główną rolę odegra ona. Tytułowa Agata, sympatyczna, przebojowa, tajemnicza, zdecydowana czarodziejka. Inspirowana Mary Poppins, od Mary Poppins troszkę się różniąca (na ile mogę oceniać Mary Poppins – ja, mająca niewielką wiedzę i niewiele wspomnień jej dotyczącej), choć również do złudzenia ją przypominająca. Dostosowana po prostu do naszych wymagających czasów.

… do świata, pełnego dzieci. Inteligentnych dzieci, niecierpiących niań, chorujących na zawołanie,
trzymających się razem, niepozbawionych uroku. Oczywiście, owym dzieciom można dużo zarzucić od strony realistycznej, bo Trojaczki są zdecydowanie wyrośnięte i za bardzo elokwentne jak na swój dość młody wiek (lat trzy), a Bliźniaki za spokojne jak na swoje dziewięć wiosen (choć jednocześnie przebiegłości mają tyle ile normalne, zdrowo chowane dziewięcioletnie pacholę). Jednak gdybyśmy patrzyli na to od strony realistycznej, z miejsca jesteśmy zgubieni, więc się strzeż, Czytelniku! Pamiętaj, że nie masz już tylu możliwości, iloma obdarowany został odbiorca z grupy docelowej (przedział 8-11, jak mniemam).

… do świata magii zostającej cały czas w sferze wyobraźni. Jako ten stojący na gorszej pozycji, bo pozbawionej (choć po części) dziecięcego idealizmu, czytelnik, aż uśmiechałam się, widząc kolejne sprytne zabiegi autorki. Gdybyśmy uparli się, by nie wierzyć w ten cudowny świat, niezdefiniowany (drugi, gdzieś poza naszym wymiarem, czy może ten nasz, tylko z baśniowymi efektami?), autorka zostawia nam wolną rękę: niania ucina wszelkie spekulacje, co to za przygody dzieci miały tamtej nocy, niewerbalnie, choć stanowczo zaprzecza, i podaje realistyczne wytłumaczenia, dlaczego też pojechała pod drzewo na Placu Słonecznym w środku deszczowej nocy (wierząc w tę ewentualność można narazić się na kpiące spojrzenia dzieci – że przez swoje ograniczenia nie widzimy tego, co oczywiste, choć magiczne).

…do świata stworzonego (prawie) idealnie. Język jest giętki, miły w słuchaniu, plastyczny, taki po którym na twarzy wypływa ten uśmiech. Stara, dobra szkoła literatury dziecięcej (prosto i kunsztownie zarazem), przyprawiona odrobinką współczesności. Czasem zdarzają się momenty za długie, jednak trudno nazwać je zapychaczami. Mogą być zauważone przez czytelnika, nie muszą.
Wydanie, choć na pierwszy rzut oka, nie było powalające, chwytające za serce, czy może też zapadające w pamięć, podczas lektury staje się nieodłączną częścią tej książki, zaczynamy doceniać jego kunszt i wyważenie. Chociaż okładka cały czas nie jest taka, na jaką zasługuje ta opowieść i na jaką zasługują Najmłodsi Czytelnicy.

… do świata pełnego wolnego pola, na którym może spokojnie przechadzać się wyobraźnia. Przyznam szczerze, zupełnie subiektywnie i nie za bardzo wyważenie - uwielbiam tę książkę!
Nie jest to literatura z najwyższej półki literatury dziecięcej, brakuje jej jeszcze jednego księżyca i czterech gwiazdek do najwyższego szczebla, a mimo wszystko jest to książka, która porusza wszystkie struny i zapadającą w sen moją wyobraźnię. Dziękuję pani za to, pani Ewo!

Jednak na nic zdają się tu moje komentarze i moje zachęty wobec jednego słowa, które po przeczytaniu kilku rozdziałów wypowiedział mój siedmioletni brat – fajne… Ja  mogę go tylko poprzeć, fajne. Szczególnie dla małych szkrabów. I dla tych, którzy czasem lubią uciekać do takiego świata.


"Agata z Placu Słonecznego. Przybycie Agaty" E.Karwan-Jastrzębska, wyd.Marginesy, 2012
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Marginesy.

niedziela, 22 września 2013

Kolejna dziewczynka na półce ("Blondynka" J.C.Oates)

Pochłonęła mnie całkowicie ta historia, której zakończenie zna każdy. Dziwna, pokręcona, technicznie rzecz biorąc, nie mająca szans, by wybić się czymś innym niż tylko ponętną blondynką, znaną na całym świecie, umieszczoną na okładce. Gratka dla fanów aktorki, grającej w komediach romantycznych ubiegłego wieku, dla badaczy kina. Przytłaczająca ilością zapisanych stron, a więc i na pozór, przytłaczająca ilością nieumiejętnie upychanych na wolnych stronach faktów, by zanudzić i zniechęcić czytelnika.
Ale otwieramy, z sympatii dla owej aktorki, zainteresowani pochlebnymi wspominkami, a tam na nas czeka pierwsze zdanie:
Przybyła Śmierć, pędząc wzdłuż bulwaru w gasnącym sepiowym świetle.*
I to jest koniec. Koniec sympatii, wspomnień i pochlebstw. Teraz zaczyna się nasza przygoda, nasza marna egzystencja, nasze uprzedzenia, nasze lęki. Wszystko dzielone z nią. Blondwłosą aktorką.

To wielkie dzieło, wręcz monumentalne przyszło do mnie, gdy nie czytałam nic. Gdy zaczynałam kolejne książki, gdy rzucałam je w kąt, bo nigdy nie były za dobre na początku, bo stosy mi się piętrzyły, bo nie umiałam się skupić i byłam rozkojarzona. Blondynka paradoksalnie była trudna w czytaniu. Odrzucałam ją po kilku zdaniach, czasem wstrząsających, czasem nic nie znaczących. I za każdym razem wracałam.

Początek, dzieciństwo którego nie było i którego brak wszyscy przyjęli jako coś normalnego. Dalej dorastanie, etap kiedy to szukamy siebie, sensu i bezsensu, w Blondynce jak raczkowanie i stawianie pierwszych kroków, pierwszych błędów, pierwszych sukcesów, upokorzeń, pytań. Dorastanie, które nigdy się nie skończyło, które trwało do niedalekiego końca, te kilkanaście lat, przedłużony żywot zagubionego motyla…
To nie jest biografia Marilyn Monroe.
Marilyn Monroe to chwyt reklamowy, to przykrywka czegoś większego.

 

Ta książka jest przede wszystkim podróżą w głąb Normy Baker. Podróżą tylko naszą, gdzie istniejemy my i ona. Nikt więcej. Podróżą w głąb własnych słabości, własnych zachcianek i wątpliwości. Pani Oates otwiera przed nami kolejne komnaty uczuć blondwłosej aktorki, rzucając całkowicie inne światło na wykreowaną przez media postać. Z głupiutkiej laleczki wyłania się kobieta myśląca, pełna kompleksów, czasem słabości, uczuć i pragnień. Kobieta szukająca szczęścia, kobieta-marzenie, kobieta upadła, kobieta cierpiąca. Kobieta, którą tak dobrze rozumiemy!

Chociaż to na przeżyciach Marilyn Monroe skupiamy całą swoją uwagę, to z nią wszystko przeżywamy, z nią rozmawiamy w myślach godzinami, to trudno nie zauważyć również innych detali, małych szczegółów składających się na sukces tej książki.
Cierpki, wyuzdany świat Hollywood, o którego istnieniu nie zawsze zdajemy sobie sprawę, oczy mając przesłonięte czerwonym dywanem i biało-czerwonymi uśmiechami.
Marionetki tej historii, postacie drugoplanowe, okazujące się silniejsze od głównej bohaterki, naszej przyjaciółki.
Niebywała łatwość w opisywaniu przeżyć, zagłębianiu się w naturę ludzką i umiejętność patrzenia. Pani Oates – pani stała się dla mnie wzorem…

Trudno pisać o tej książce, bo bez wątpienia jest to książka wielka. Przytłaczająca swoim kunsztem, porywająca swoją autentycznością i bezbronnością. Książka, którą się smakuje, którą czyta się długo, która jest przyjemnością. Tak dobrą, że aż czasem boli. Tak dobrą, że pisać o niej trudno.

*"Blondynka" str.13

"Blondynka" J.C.Oates, wyd.Rebis, 2011, tł.M.Ferek

wtorek, 17 września 2013

Nie lubię chodzić do kina


Nie lubię chodzić do kina. Nie dość, że do najbliższego na poziomie (czyli z nowościami granymi w normalnym czasie) jest 30 km, to jeszcze dobieranie transportu, osób, którym film się spodoba! Zachodu dużo, a potem jednak okazuje się, że nie było to warte i czasu i pieniędzy. Jednak czasem warto się postarać, warto wszystko zaplanować, dla tych ulubionych - ekranizacji książkowych. Na jesień zaplanowanych jest ich kilka, dla każdego przynajmniej jedna powinna się okazać tą obowiązkową...

"Carrie" na podstawie powieści Stephana Kinga.
Premiera: 18 października 2013

Nastolatka Carrie White wychowywana jest przez samotną matkę, fanatyczkę religijną. Nie przysparza jej to popularności w szkole, gdzie czuje się samotna. Jest w niej jednak coś bardzo wyjątkowego. Prześladujący ją rówieśnicy poznają sekret Carrie w dniu balu maturalnego, kiedy dziewczyna ujawni swoje moce telekinetyczne i wykorzysta je, aby wyrównać rachunki...

Osobiście: boję się jak nie wiem tego filmu, tej książki i zapewne nawet w jego stronę nie spojrzę. Ale fanów kina (okazja do porównań z poprzednimi ekranizacjami i zlinczowanie Chole, że minę ma tylko jedną) i przede wszystkim fanów Kinga zapewne namawiać nie będzie trzeba.





"W pierścieniu ognia" na podstawie powieści Suzanne Collins.
Premiera: 22 listopada 2013

Druga część ekranizacji bestsellerowej trylogii autorstwa amerykańskiej pisarki Suzanne Collins. Po zwycięstwie siedemdziesiątej-czwartej edycji głodowych igrzysk Katniss Everdeen (Jennifer Lawrence) i Peeta Mellark (Josh Hutcherson) muszą odbyć obowiązkowe Tournee Zwycięzców. Podróż ta uświadamia im, że ludzie mieszkający w dystryktach są skłonni zbuntować się przeciwko okrucieństwu władzy. 

Osobiście: wiadomo, że pójdę i że wiele wymagać nie będę. Podobnie jak w przypadku książki, będę się jedynie dobrze bawić. Poza tym, muszę zobaczyć Finnicka (ukochana postać z książki), którego roli (jeśli ktoś jeszcze nie wie) nie dostał Robert Pattison, mimo, że się starał... Zamiast Edwarda dostaniemy duchownego z czwartej części Piratów (tego od syreny). Poza tym, będziemy też mieli Hoffmana ("Capote" 2005, pamiętacie?), nowego reżysera i utwór Coldplay nagrany specjalnie na tę okazję. Słowem trzeba będzie sobie przypomnieć książkę i ruszać do kina.




"Hobbit: Pustkowie Smauga" na podstawie powieści J.R.R.Tolkiena
Premiera: 27 grudnia 2013

Po przejściu przez Góry Mgliste, pokonaniu króla goblinów i ucieczce przed wargami, Bilbo Baggins (Martin Freeman), Gandalf Szary (Ian McKellen) oraz kompania trzynastu krasnoludów na czele z Thorinem Dębową Tarczą (Richard Armitage) wyruszają w dalszą drogę ku Samotnej Górze. Wspólnie kontynuują niezwykłą podróż, odwiedzają dom Beorna (Mikael Persbrandt), przemierzają Mroczną Puszczę, a za pomocą beczek udaje się im uwolnić z elfiej niewoli. Docierają do Esgaroth, a stąd już niedaleko do Ereboru, gdzie wewnątrz krasnoludzkiej twierdzy budzi się ze snu największy smok tych czasów, Smaug (Benedict Cumberbatch).

Osobiście: może wreszcie przed obejrzeniem zmobilizuję się i przeczytam wreszcie książkę... Poza tym, chociaż jak większość dziwię się aż trzem częściom Hobbita, to jednocześnie cieszę się, że aż tyle ich jest, i że będzie znowu Legolas, i jeszcze elfkę dorobili... Tylko czy to przypadkiem nie wyjdzie na złe filmowi? Zobaczymy. Pierwsza część była dobra. Miejmy nadzieję, że poziom jeszcze się podniesie...




* * *

15 listopada w kinach szeroko pojętego świata ukaże się również bestsellerowa "Złodziejka książek" Marka Zusaka, jednak niestety na razie nie wiadomo co z kinami polskimi. Zostaje nam oglądać do znudzenia trailer i wypatrywać wiadomości. Bo jeśli jednak będzie, to zdecydowanie będzie to najważniejsza premiera tego roku.


niedziela, 15 września 2013

1.Wieczorem...

...czyli umilenie, zmelancholijnienie, dopełnienie oraz rozświetlenie jesiennej niedzieli. 
Pablo Picasso
J.Twardowski "Żal"

Żal że się za mało kochało
że się myślało o sobie
że się już nie zdążyło
że było za późno

choćby się teraz biegało

w przedpokoju szurało

niosło serce osobne

w telefonie szukało

słuchałem szerszym od słowa


choćby się spokorniało
głupią minę stroiło
jak lew na muszce

choćby się chciało ostrzec
że pogoda niestała
bo tęcza zbyt czerwona
a sól zwilgotniała

choćby się chciało pomóc
własną gęba podmuchać
na rosół za słony

wszystko już potem za mało
choćby się łzy wypłakało
nagie niepewne

sobota, 14 września 2013

Dwie dziewczynki w świecie samotności... (książki Romy Ligockiej)

Zawirowało w moim życiu, coś gdzieś zostało napełnione, gdzieś coś zostało wylane. Niektóre wydarzenia zaczęły blaknąć, schnąć, przestały nawet udawać, że cały czas żyją. Inne nabrały kolorów, jakby pociągnięte grubą, zdecydowaną kreską. Miejscami. Miejscami też wszystko zostało po staremu. Tylko z nowym spojrzeniem, nie, nie przez różowe okulary. Raczej takie butelkowo zielone. Nie optymizujące, nie pesymizujące.

Wszystko się stało za sprawą jednej pisarki. Roma Ligocka, nazwisko znane, chociaż nie sławne. Okropnie bestsellerowa Dziewczynka w czerwonym płaszczyku zawirowała mną, pokazała coś, coś uświadomiła, na coś uwrażliwiła. Zostawiła też coś. Tę siłę, która sprawia, że chcemy więcej. I to nie nachalnie, raczej w ten wysublimowany, groteskowo kulturalny sposób. Po prostu wiemy, że to teraz jest dla nas, że na nas czeka, że nam pomoże.

Czytałam więc kolejne książki pani Romy. "Kobieta w podróży", "Znajoma z lustra" - jakby frywolne, czasem zatykające dech w piersiach, ale cały czas lekkie, umiejętnie napisane felietony. Takie, by nadawać się do popularnej gazety. Jednocześnie takie, które po cichu, w lekkich słowach powiedzą to, co my kryjemy gdzieś głęboko, co chowamy, czego czasem nie jesteśmy świadomi. Były też te trudniejsze - "Dobre dziecko" i "Tylko ja sama". Napisane równie lekko, niosące jednak ogromny ładunek emocjonalny. Poruszające, traktujące po raz kolejny o dorastaniu z bagażem doświadczeń, rozwijające kolejne wątki, kiedyś już rozpoczęte.
„Nieprawda, że dojrzewanie, czas kiedy jest się młodym, ładnym i wesołym, to okres szczęśliwości”*

Ta książka… Te książki… Dwie ostatnie, przede wszystkim „Dobre dziecko”… Ta książka czasem boli, czasem wywołuje uśmiech, czasem przerażenie, często lawinę wspomnień i rozterki własne. A przede wszystkim tak dużo sympatii i zrozumienia. Bo pani Roma przeżywała to wszystko kiedyś, dawno. I do dziś w niej to żyje. A dziś ja tak dużo podobnego przeżywam…

Pani Romo, dziękuję. Wiem, że było trudno…

I za cholerę nie powiem, że to lista ulubionych. To po prostu lista potrzebnych bardzo. Dla wszystkich na tym samotnym świecie dorastania...

* * *
A teraz zbieram się, żeby nie było, że znowu strasznie uczuciowo. Tylko trudno tak, jeśli książkę postrzega się poprzez swoje życie swoje uczucia…

Dla niecierpliwych: literatura to dobra. Świetnie napisana, poprowadzona, z wstawką historyczną, z bohaterami z życia pożyczonymi, z pamiętnikiem żydowskiej matrony, taka, którą czyta się jednym tchem, mimo zimna, znużenia i niewygodnego krzesła.

I co najlepsze, nie to jest w niej najlepsze…

"Dobre dziecko" R.Ligocka, wyd.Literackie, 2012 oraz (w mniejszym stopniu) "Znajoma z lustra", "Kobieta w podróży", "Tylko ja sama"
Pamiętajcie jednak, zacznijcie od "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku"

*cytat z okładki

czwartek, 12 września 2013

Emocjonalne przywiązanie, fabularna klapa, czyli ludzie książki kochają. ("Zgoda na szczęście" A.Ficner-Ogonowska)

…z notatek czytelnika
W dodatku, z tych notatek głęboko w szufladach trzymanych, w których nie ma nic obiektywnego.

Z kontynuacjami zazwyczaj jest tak, że są albo coraz gorsze albo coraz lepsze. W przypadku książek pani Ficner-Ogonowskiej jest inaczej. Każdy tom różni się całkowicie od poprzedniego. Pierwsza część była długa, do czytania, delektowania się, słodzenia i zachwycania. Druga krótsza o połowę, z fabułą bardziej rozbudowaną, z bardziej odważnymi wyborami bohaterów. Trzecia nie za długa, nie za krótka. Nie za zdecydowana, nie za spokojna.

Hania (wreszcie!) pozbywa się większości swych lęków i jak napisano na okładce, decyduje się dzielić swe życie z Mikołajem. Jednak los nie zasypia, lubi się bawić w chowanego i podrzucać niemiłe wydarzenia do życiorysów. Tym razem uderzających nie bezpośrednio w dwójkę głównych bohaterów, ale we wszystkich ich bliskich.

A zwykły czytelnik, wcześniej przy każdym smutku sięgający do tego szaro-miodowego cieszy się, że znowu powrócą do niego dawni bohaterowie, może czasem przerysowani, ale mimo wszystko sympatyczni. Tacy, z którymi po prostu miło się przebywa. I którzy też mają źle na tym świecie. Więc można sobie czasem z nimi popłakać. Albo się pośmiać.

Tylko, że ich już nie ma. Nie ma przede wszystkim przeciwwagi dla wszystkich smutków tej książki, czyli Dominiki. Ulubiona bohaterka większości czytelników popada w dziwną depresję, z której pod koniec równie dziwnym trafem wychodzi (koniec serii, więc trzeba było wszystko z uśmiechem zakończyć). Ale przez całą książkę jest nieobecna. I to strasznie nie pasuje. A już Hanka starająca się zastąpić Dominikę była kompletną pomyłką. Zresztą, ona nie mogła zastąpić Dominiki, bo była tylko Hanką. I pomijając jedno zdanie w książce, w ogóle nie było widać, żeby ją zastępowała. Więc czujemy się troszkę samotni i zaskoczeni. Jakby do tego szaro-miodowego świata wkradło się za dużo obcych czerni. Nic miłego.


I druga, sztandarowa sprawa – nie dość, że Dominiki nie ma, to na bohaterów spadają w takim czasie i odstępie takie problemy, że nawet biedny czytelnik, któremu wydaje się, że ma najgorzej na świecie, zaczyna się łapać za głowę. W dodatku, wcale nie myśli Jacy oni biedni, jednak mają gorzej ode mnie…, tylko raczej Taaaak, jasne, a na koniec ich traktor przejedzie…(jeśli jest człowiekiem troszkę złośliwym).

Teraz spokojnie wychodzi, że niezbyt miło czytelnikowi poznawać kolejne perypetie bohaterów. Ależ nie! Miło, tylko jakby troszkę już nudno… Szczególnie, że w ostatniej części bohaterowie nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Iść tu czy tam. Załamywać się, czy cieszyć. Rozdrapywać kolejne rany z przeszłości, czy może się z nimi godzić… Atuty poprzednich części, których nigdy dużo nie było, zostały gdzieś schowane bądź zniszczone. Ale wiecie jak to jest. Cały czas, w głębi serca lubimy bohaterów, więc ostatecznie się i z tym się godzimy.

Przyjaciół przecież się nie opuszcza ot tak.
Ostatecznie można dla pocieszenia wrócić sobie do dwóch poprzednich części.

"Zgoda na szczęście" A.Ficner-Ogonowska, wyd.Znak, 2013

poniedziałek, 9 września 2013

Opowieść o malarzu bez ucha i z sercem... ("Pasja życia" I.Stone)

Otwierasz tę książkę, delikatnie, jakby z nabożeństwem. Czujesz jak ciąży ci w ręku ilość wspomnień zawarta na zadrukowanych, postrzępionych kartkach. Wcześniej wciśnięta niedbale między inne, dla ciebie nabiera wagi, już nie możesz jej odłożyć, przynajmniej następne kilka dni poświęcisz zatapiając się w pasji tworzenia, pasji zdobywania, pasji życia. I ten witający nas okrzyk:
„Monsieur van Gogh, czas wstawać!”*
A więc wstajemy i my. Chociaż za oknem dżdżysty, zakurzony Londyn, chociaż wiemy, co może oznaczać ten chłód w spojrzeniu Urszuli, wstajemy jakbyśmy wstawali po raz pierwszy, po raz pierwszy podrywali się do życia.

Oczywiście nie wszystko będzie tak cudowne, jak tego pierwszego dnia. Mimo wszystko musimy szukać. Van Gogh w swoim życiu robił  chyba wszystko. Sprzedawał kiczowate obrazy innych artystów w Londynie, kształcił się na duchownego, głosił nauki wśród najbiedniejszych górników, wreszcie malował. We wszystkim zatapiał się całkowicie. Bez niepewnych prób, bez oglądania się na innych. Zazwyczaj samotnie, przeciwnie do kierunku potrzeb ciała i społeczeństwa, przymierając głodem, jako nadzieję, zasadę i jedyną zapłatę trzymając w zakamarkach pamięci kiedyś zasłyszane zdanie:
„Nieraz jeszcze w życiu będzie się panu zdawało, że poniósł pan klęskę. Ale w końcu znajdzie pan wyraz dla siebie – i to usprawiedliwi pańskie życie.”**


Znalazł. Malarstwo, wyrażanie siebie za pomocą pędzla i farby. Gdzieś w głębi siedziało to od dawna. Umiejętność łapania, oddawania ludzkich charakterów w nieporadnych szkicach.  Znajomość ze słońcem i jego barwami. Przyjaźń z cieniem i technikami rzucania go wprost w ludzkie serca.  Wiedział, że ma tylko jedno życie, by znaleźć i oddać, to co ma w sobie. Zaczynał późno, kiedy inni rozkwitali, on dopiero wychylał się nieporadnie ponad ziemię. Jednak nie patrzył na nich, szukał siebie.

Rozwijał się powoli, czasem jakby ograniczany wręcz ciałem. Jednak pamiętał, co miało jego życie usprawiedliwić.

Trzymamy w rękach historię człowieka wielkiego. Malarza bez ucha, który kochał, ufał, lecz podążał za swoją duszą, wiedząc, że inne pragnienia to tylko wytwory wyobraźni. Historię opisał również człowiek wielki. Malarz ludzkich losów, oddający wszystko w sposób mistrzowski. Człowiek, którego pasja włożona w tę historię tak samo nas obezwładnia, zachwyca, mieni się taką samą ilością odcieni, co obrazy mistrza. Dwie pasje splatające się w jednym miejscu..

Zostaje jeszcze czytelnik. Maleńki, przy dwóch szalejących talentach, tak dawno, a jednocześnie niedawno odkrytych.  Stojący, bez bojaźni pochylający się nad niosącą taką siłę książką. Czerpiący z niej.  Cały czas szukający. 

Ta zniszczona, zaczytana książka czaruje. Nie zapomina się jej tak łatwo, nie odchodzi się od niej tak łatwo. Łapczywie czyta się kolejne zadrukowane, niby zwyczajne karty. Pierwsze czytanie, drugie. I widać, jak ta na pozór tragiczna historia, była historią najszczęśliwszą na świecie.

Po prostu przeczytajcie...

"Pasja życia" I.Stone, wyd.Muza, 2002, tł.W.Kragen

*"Pasja życia" I.Stone, str.5
**"Pasja życia" I.Stone, str.49

niedziela, 8 września 2013

Weszłam na gwieździsty szlak...

Taras kawiarni w nocy - van Gogh
Zabrałam kilka starych notatek, jednak jak to dziecko, nie umiałam wytrzymać w jednym miejscu. Jak to człowiek, musiałam coś zmieniać, podróżować. W Krainie zapanował tłok, zrobiło się za dużo tekstów, za dużo słów i myśli. Zaczęło brakować spokoju, tej pewności i przytulności. Cały czas jest dla mnie ważna, jednak to było. Była pewnym przystankiem, a ja musiałam ruszyć dalej. Na razie więc powoli przemierzam Gwiazdowy Gościniec. I was do tego zapraszam...
Zawartość plecaka nie zmieniła się. Cały czas wypchany jest on ulubionymi książkami, filmami, wierszami, muzyką. Na razie jest tu pusto, niepewnie. Jednak z czasem wszystko się zmieni. Półki się zapełnią, przybędzie wypowiedzianych słów. Z ukochanej Krainy nie zabrałam pensjonarskiego cyklu, nie zabrałam wyzwań czy opowiedzianych już książek. Na Gwiazdowym Gościńcu pojawią się nowe. A herbata już paruje w przydrożnej kawiarence.
Tam siedzę i ja, wołając: Zapraszam!