środa, 30 października 2013

"Dobrze jest mieć księżyc w pełni." ("Ocean na końcu drogi" N.Gaiman)


Trudno unieść pióro, gdy przed chwilą zamknęło się książkę literacko dopieszczoną. Kawałek metalu i odrobina atramentu – wszystko ciąży w dłoni, przygniecione natłokiem myśli, interpretacji, wyobraźni i przyjaźni. Bezsens i zwykła bezsilność aż przytłacza w obliczu nie tyle książki genialnej, co wspaniale współgrających z nami. Tymi prawdziwymi.

Ocean? 
„To był tylko kaczy staw na samym końcu farmy. W dodatku niespecjalnie duży. Lettie Hempstock nazywała go oceanem, ale wiedziałem, że to niemądre. Powiedziała, że przybyły tu zza oceanu ze starego kraju.” 
A więc nie ocean, kaczy staw. Zwykły, prozaiczny, na jaki każdy z nas może natknąć się gdzieś pośród wiejskich domków. Leżący na końcu drogi. Tej drogi, na której zaczyna się nasza podróż pełna magii, innych światów, snów, niesamowitych stworów i niebezpieczeństw.

Książka dziwna do granic możliwości. Zbudowana na tym, co uwielbiamy u Lindgren – kruchych, samotnych zdaniach w których dusza uchwycona jest między słowami, a nie w samych słowach. Dziecku samotnym, kochającym, szukającym, które w pewnej chwili musi stawić czoła złemu. Jednak książki Lindgren są dla dzieci. Ocean jest straszniejszy, przyjęło się, że uważa się go za książkę dla dorosłych.

Zamknięte w ramach powieści strachy słowne, strachy postaciowe nigdy nie wystąpiły by w książce Astrid. Za straszne, za boleśnie przemawiające nie tylko do najmłodszych, do starszych również.
Jednocześnie ta książka jest tak zamarznięta, nieskłonna do obdarzania uczuciem, że czytelnik samoczynnie ją uczuciem obdarza.
Po prostu, lubi ją. Albo raczej, bo niebezpiecznie zaczynamy wchodzić w obszar my:
Po prostu, lubię ją.
Lubię ją tak bardzo, że nie pożyczę jej tobie, bo mazałam po niej i zaznaczałam fragmenty, które chwyciły mnie za serce. Lubię ją, tak jak lubię „Mio, mój Mio”, wracać do niej będę z takim samym niepewnym uśmiechem jak do „Doliny Muminków w listopadzie”.

Jednak zaczynam się gubić w tym momencie, zakładając na siebie niewygodne powiązania, porównania książek cudownych z cudownymi. Tutaj to się kończy dla ułatwienia.

Gaiman jest autorem, którego bohaterowie wiedzą co to strach, samotność, zagubienie. Jeszcze nie weszli na kolejny etap dojrzewania, jednak gdy tylko zamkniemy oczy, widzimy jak będzie wyglądać ich życie za kilka lat. Jak przyznaje bohater na samym końcu:
„Podejrzewam, że historia ma znaczenie tylko wtedy, gdy występujący w niej ludzie się zmieniają. Ale w czasie tych wszystkich wydarzeń miałem zaledwie siedem lat i pod ich koniec pozostałem tą samą osobą jak na początku, prawda? Podobnie wszyscy inni. Bo musieli. Ludzie się nie zmieniają.”
Trudno zgodzić się całkowicie z autorem (zostając tymi samymi jednocześnie cały czas zmieniamy się), jednak jeśli tak to wygląda w jego książce, co tam znajdziemy? Nie ma dynamicznego bohatera, nie ma i naszej wewnętrznej przemiany.
A jednak, jest…

Ukryta w opowieści, trzonie tej książki, gdy to przechodzimy ze świata do świata, rozglądając się czasem panicznie, cały czas czując uścisk Lettie.


* * *

Tak napisany zlepek emocji leży sobie już od dłuższego czasu. Od czasu kiedy zdążyłam po raz pierwszy pokochać Gaimana (nie mogłam go kochać za „Lustra i dym”, nie lubiłam ich), kiedy jeszcze cała pełna
zachwytów i niepewności przekręciłam ostatnią stronę „Oceanu na końcu drogi”.
Próbowałam poprawiać ten tekst, nie chciał, to nic, że nie miał odpowiedniego zakończenia, nie miał kilku zastrzeżeń jakie już padły kiedyś, w jakichś recenzjach. A chciałam wam o niej opowiedzieć. Już, teraz. Więc tylko jeszcze dopisek, możliwe, że zbędny:
Książka Gaimana zbudowana jest jak książka dla dzieci. I tematykę ma książek dla dzieci. I nie wyróżnia się za bardzo niczym nadzwyczajnym, jeśli porównywać ją do innych dobrych książek dla dzieci. No, poza tym, że jest straszniejsza. A więc, jak każdą dobrą książkę dla dzieci, warto ją przeczytać.
Chociaż może nie niesie za sobą wielkich mądrości i nie jest specjalnie przecudowna obiektywnym okiem patrząc. Może to w ogóle to jest reakcja na pierwsze takie spotkanie ze wspaniałą literaturą Gaimana.
Więc, jeśli podaruję ją wam na urodziny, to nie zdziwcie się. A jeśli jej nie podaruję, to sami sobie ją podarujcie. Dla własnej przyjemności.

Zarówno tytuł tekstu jak i wszelkie fragmenty oznaczone kursywą są cytatami z opisywanej książki.

"Ocean na końcu drogi" N.Gaiman, MAG, 2013, tł.P.Bratiner

niedziela, 27 października 2013

6.Wieczorem

Tadeusz Różewicz
List do ludożerców

Kochani ludożercy 
nie patrzcie wilkiem 
na człowieka 
który pyta o wolne miejsce 
w przedziale kolejowym 

zrozumcie 
inni ludzie też mają 
dwie nogi i siedzenie 

kochani ludożercy 
poczekajcie chwilę 
nie depczcie słabszych 
nie zgrzytajcie zębami 

zrozumcie 
ludzi jest dużo będzie jeszcze 
więcej więc posuńcie się trochę 
ustąpcie 
kochani ludożercy 
nie wykupujcie wszystkich 
świec sznurowadeł i makaronu 
nie mówcie odwróceni tyłem: 
ja mnie mój moje 
mój żołądek mój włos 
mój odcisk moje spodnie 
moja żona moje dzieci 
moje zdanie 

Kochani ludożercy 
Nie zjadajmy się Dobrze 
bo nie zmartwychwstaniemy 
Naprawdę

Ostatni post z wieczornego cyklu. Wróci kiedyś, dziurę zapełni coś...

sobota, 26 października 2013

Niech blogosfera będzie troszkę bardziej kolorowa, czyli tydzień z literaturą dziecięcą.


Wielkimi krokami zbliża się listopad, już nawet nie udaje, że się nie śpieszy. Biegnie w naszą stronę, by otulić nas szarościami, porannymi mgłami, przemoczonymi stopami i nieustannymi deszczami. Dlatego też, by listopad był choć odrobinę przyjaźniejszy, postanowiłam że cały pierwszy tydzień (od 4 do 10 listopada) będzie wypełniony literaturą dziecięcą i młodzieżową. Pełen lektur dawno czytanych lub jakimś cudem ominiętych w dzieciństwie. Przypominanych ostatnio lub nie.

Na Gościńcu w tym czasie codziennie będą ukazywały się posty  z książkami znanymi, zapomnianymi, uroczymi, czasem nielubianymi w dzieciństwie. Jeśli ktoś chciałby dołączyć poprzez zamieszczenie na swoim blogu wpisu o książkach z dzieciństwa lub też napisać tekst, który pojawiłby się na Gościńcu (jeśli nie posiada się bloga, nie chce się na nim zamieszczać infantylnego wpisu itd.) to zapraszam do zgłaszania się w komentarzach, pisania na pocztę (pudelko-czekoladek@wp.pl) lub też po prostu w pierwszym tygodniu listopada zamieszczenie posta o książkach dziecięcych lub młodzieżowych i zostawienie u mnie linku.

Nie jest to żadne wyzwanie, nie jest to żaden konkurs, po prostu zawsze miło wejść w najbardziej ponury miesiąc z dziecięcym optymizmem. Gdyby kawałek blogosfery zamienił się w kolorowy świat książek dziecięco-młodzieżowych, na pewno oswojenie listopada byłoby łatwiejsze.

A co dokładnie czytamy?
Oczywiście, literaturę dziecięcą, którą to łatwo rozpoznać pośród innych. Pomocą w doborze lektur może być blog Klasyka Młodego Czytelnika i listy książek na nim umieszczone.
Jeśli chodzi o lektury młodzieżowe wśród których granice są bardzo kruche, a wszelkie paranormale również uznawane są za książki dla młodych, proponuję jedyne książki wydane w PRLu i wcześniej. Posiłkować można się zestawieniem u Zacofanego w Lekturze oraz po raz kolejny - blogiem Klasyka Młodego Czytelnika.
W zabieganych czasach mile widziane są również wpisy o książkach czytanych przed kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu laty. Zestawienia, wspomnienia, opowieści o książkach dawno czytanych i ulubionych.


Byłabym wdzięczna, gdybyście umieścili banner, wpis opisujący całą akcję lub chociaż link do tego posta na swoim blogu, by jak najwięcej osób się o tym dowiedziało. Jednak oczywiście, nie zmuszam.

Jest ktoś chętny?

wtorek, 22 października 2013

Samotność w wielkim mieście ("Ukryte godziny" D. de Vigan)

Dzisiaj musicie zapomnieć o Paryżu, jaki żyje w waszych snach, jakim przepełnione są wszystkie opowieści. Że wieża Eiffla, że belle epoque, że Edith Piaf… Dzisiaj miasto oglądane będzie oczami paryżanina. Żadnego turysty z głową wypełnioną stereotypami. Człowieka, dla którego Paryż to droga dom-metro-praca...

Tym razem czeka na nas opowieść o Mathilde – samotnej matce trzech chłopców, która zaczyna mieć problemy w pracy. Jak to się dokładnie nazywa? Mobbing, bodajże. Szef jednego dnia zaczyna odsuwać ją od kolejnych projektów, pozbawia biura, udaje, że nie dostał jej maili...  Kobieta zostaje wręcz wciągnięta w pułapkę własnych myśli, najpierw starając się zrozumieć, co robi źle. Potem walcząc z tym. Nie wie tylko, że szybkiego, dobrego rozwiązania nie ma.
Równocześnie toczy się historia Thibaulta -samotnego lekarza, który właśnie rozstał się z dziewczyną i aktualnie całkowicie oddaje się pracy.

Troszkę schematyczne, jak to bywa w takim przypadku. Jednak jest coś, co wyróżnia  tę powieść. Normalnie wszystko powinno dążyć do momentu przełomowego, gnając z zawrotną szybkością. Tutaj w ogóle trudno znaleźć jakikolwiek moment przełomowy. Jesteśmy tylko my i bohaterowie, których drogi wiją się na wszystkie strony, nieprawdopodobnie blisko siebie, muskając się czasami.

I schemat się kończy. Zaczyna się dobra proza, niebanalna, o tym na co choruje teraz społeczność, mimo wszechobecnych uśmiechów i Dobrych Wróżek, mówiących: zrobisz to i będziesz szczęśliwy! czy myśl pozytywnie!. Zaczyna się opowieść o samotności, o chęci ucieczki, o strachu. Po prostu. Proza, której zawsze brakuje i  na którą zawsze zapotrzebowanie jest.


Jest też wielkie miasto. Paryż odgrywa niebanalną rolę. Nie w sensie komercyjnym, nie patrząc przez pryzmat zabytków, stereotypów, które wkładane nam są do głowy od małego . Paryż, mógłby być też Londyn, Nowy Jork, Madryt... Paryż, wielki, dudniący, pełen samotnych, mijających się w biegu ludzi.

Dwójka, której się przyglądamy, nadająca się cudownie do komedii romantycznej, odkrywa przed nami swoje drugie oblicze - pełne rozterek, pytań, niepewności, załamań.  Zazwyczaj zrezygnowane, boleśnie doświadczone. Samotne oblicze, które często ludzie chowają gdzieś głęboko przed innymi. Oblicze, które tak na prawdę, nas wszystkich łączy.

Jednak trzeba wspomnieć, czego tej książce zabrakło - duszy. Paradoksalnie, zbudowana jest cała na uczuciach, a uczuć czasem jej brakuje. Pani de Vigan nie posiada jeszcze (albo już?) rozmachu artysty, widać tylko świetnego rzemieślnika, który panuje nad wszystkimi postaciami, myślami, stylami, konstrukcjami. Bo warsztatowo książka jest świetna. Ale to jeszcze nie jest geniusz, i by wdrapać się jeszcze wyżej, potrzeba odrobiny czegoś. Dlatego książka może zginąć, wśród innych.

Mimo to, cały czas to dobra literatura. Takiej, jakiej czasem nam potrzeba. Po jakiej trudno się ruszyć z miejsca. Wstać i iść.

źródło zdjęcia,  źródło drugiego zdjęcia

"Ukryte godziny" D. de Vigan, wyd.Sonia Draga, 2010, tł.S.Kluza

niedziela, 20 października 2013

5.Wieczorem...


"List do pozostałych" E.Stachura

Umieram
za winy moje i niewinność moją
za brak, który czuję każdą cząstką ciała i każdą cząstką duszy,
za brak rozdzierający mnie na strzępy jak gazetę zapisaną hałaśliwymi nic nie mówiącymi słowami
za możliwość zjednoczenia się z Bezimiennym, z Pozasłownym, Nieznanym
za nowy dzień
za cudne manowce
za widoki nad widoki
za zjawę realną
za kropkę nad ypsylonem
za tajemnicę śmierci w lęku, w grozie i w pocie czoła
za zagubione oczywistości
za zagubione klucze rozumienia z malutką iskierką ufności, że jeżeli ziarno obumrze, to wyda owoc
za samotność umierania
bo trupem jest wszelkie ciało
bo ciężko, strasznie i nie do zniesienia
za możliwość przemienienia
za nieszczęście ludzi i moje własne, które dźwigam na sobie i w sobie
bo to wszystko wygląda, że snem jest tylko, koszmarem
bo to wszystko wygląda, że nieprawdą jest
bo to wszystko wygląda, że absurdem jest
bo to wszystko tu niszczeje, gnije i nie masz tu nic trwałego poza tęsknotą za trwałością
bo już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem
bo wygląda, że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku
bo już nie potrafię kochać ziemską miłością
bo noli me tangere
bo jestem bardzo zmęczony, nieopisanie wycieńczony
bo już wycierpiałem
bo już zostałem, choć to się działo w obłędzie, najdosłowniej i najcieleśniej ukrzyżowany i jakże bardzo i realnie mnie to bolało
bo chciałem zbawić od wszelkiego złego ludzi wszystkich i świat cały i jeżeli tak się nie stało, to winy mojej w tym nie umiem znaleźć
bo wygląda, że już nic tu po mnie
bo nie czuję się oszukany, co by mi pozwoliło raczej trwać niż umierać; trwać i szukać winnego, może w sobie; ale nie czuję się oszukany
bo kto może trwać w tym świecie - niechaj trwa i ja mu życzę zdrowia, a kiedy przyjdzie mu umierać - niechaj śmierć ma lekką
bo co do mnie, to idę do ciebie Ojcze pastewny żeby może wreszcie znaleźć uspokojenie, zasłużone jak mniemam, zasłużone jak mniemam
bo nawet obłęd nie został mi zaoszczędzony
bo wszystko mnie boli straszliwie
bo duszę się w tej klatce
bo samotna jest dusza moja aż do śmierci
bo kończy się w porę ostatni papier i już tylko krok i niech Żyje Życie
bo stanąłem na początku, bo pociągnął mnie Ojciec i stanę na końcu i nie skosztuję śmierci.

sobota, 19 października 2013

Moje książki na jesień.

Jest coś magicznego w tych jesiennych wieczorach i jesiennych stosach. Mój wybrakowany już trochę i wciąż uzupełniany na owo, rozgościł się dziś na biurku, przypominając mi o lekturach, na które czekałam już długo, lub które są splotem przedziwnych przypadków. Nazbierało ich się trochę, jednak od czego są długie wieczory przy dobrej organizacji?


Pierwsza, niepozorna Małgorzata Musierowicz, której "Frywolitki 2" mam zamiar sobie odświeżyć. Poza tym, wreszcie będę czytała własny egzemplarz i kreśliła w nim na każdej stronie! Dalej mój pierwszy Pratchett, już zaczęty, już się podobający, czyli "Ciekawe czasy". Znalazły się w stosie i wreszcie doczekały uwagi"Listy" Marii Dąbrowskiej i Jerzego Stempowskiego, kupione jakiś czas temu w Matrasie. Nie zapomniałam o Inspiratorach i pogłębiam znajomość z Astrid Lindgren - "Opowieść o życiu i twórczości", czyli biografia pióra Margaret Stromstedt i "Ramus, rycerz Białej Róży". Powoli rozpoczynam przygodę z wydawnictwem Czarne - na (prawie) pierwszy ogień idą "Farby wodne" Lidii Ostałowskiej. "Winter journal" to mój kochany Auster, którego czytam wyrywkowo (przez ten język), ale w stosie musi być. "W drodze", czyli kolejny klasyk do nadrobienia. Utknęłam w połowie. Na koniec coś wiktoriańskiego, by uciszyć wyrzuty sumienia, czyli "Trzech panów w łódce" (rzuciłam "Północ i południe", zupełnie do mnie nie przemówiło!)


Drugi stos, zdecydowanie bardziej dystyngowany, pewnie przez to, co zawiera. W okropnym formacie Tolkien dla dzieci, czyli "Rudy Dżil i jego pies. Kowal z Podlesia Większego". Z ukochanej serii młodzieżowej "Góra Czterech Wiatrów" Marii Kann. Zainspirowana recenzją Kingi, wyciągnęłam też Indian z półki - "Złoto Gór Czarnych" Alfreda Szklarskiego (chyba nigdy nie przeczytałam...). Dalej "Udręka i ekstaza", czyli rzecz Mistrza o Mistrzu. Prawie skończona, cudowna "Kwatera Bożych Pomyleńców" - czyli dobrze napisane o książkach, anegdotkach życiowych, z powstaniem w tle. No i na koniec niepozorna, absolutnie nie przykuwająca wzroku, ale wreszcie moja! Autobiografia Małgorzaty Musierowicz - "Tym razem serio". I wcale nie wydałam 200 złotych, których życzyli sobie na pewnej znanej stronie na a.

A co wy przygotowaliście sobie na jesień?

Zapraszam do zakładki wymiana (na górze strony)

czwartek, 17 października 2013

Holmes, w którym mało Holmesa.

...czyli zaczynanie od końca nie jest złe.

Zapewne każdy jest świadom, że Sherlock Holmes, postać kultowa, otoczona czcią przez wszystkich fanów literatury (nie tylko wiktoriańskiej) w odróżnieniu od innych postaci z tego okresu, wręcz cudownie znalazła się w nowej rzeczywistości albo też tę rzeczywistość wręcz tworzy.

Sherlock Holmes - wielki detektyw.
Z taką informacją w głowie człowiek się po prostu rodzi. To jest zapisane w nas i nie ma co z tym walczyć. Można tylko obserwować jakie miejsce znalazł on sobie w popkulturze i jak inspiruje kolejnych twórców. Pomijając wyświechtanego dr House'a (tak, kochamy go wszyscy, jednak kolejne porównywanie go z Holmesem staje się po prostu nudne), wszelakich detektywów Monków i mu podobnych, skupmy się na dziesiątkach wiernych ekranizacji*.
Było ich wiele, ostatnio pojawiły się trzy głośniejsze: Sherlock Holmes z Iron Manem w roli głównej, Sherlock rodem z BBC i Elementary.

A że na jesień to tylko kryminały, dziś będzie o Elementary.


Amerykański serial wywołał prawdziwą wrzawę na blogach, których autorzy znają dwa razy więcej angielskich seriali niż przeciętny Anglik, umieją zauważać niuanse, których zwykły człowiek nie zauważa. No i najważniejsze: owi autorzy wręcz wielbią Sherlocka BBC (kto nie wielbi?). Niemiłosiernie wytknęli wszystkie błędy produkcji nowatorskiej, a mimo wszystko strasznie sztampowej.
Wbrew pozorom, większość bloggerów aż tak tematem nie zainteresowanych, bądź też po prostu nie cytująca z pamięci różnych partii dialogowych, z różnych angielskich seriali, z aprobatą przyjęła pojawienie się na rynku nowego Sherlocka. Albo przeżyli szok (względnie dwa), i jeszcze w nim (nich) trwają.

Pierwszy szok dotyczył głównej zmiany w fabule - John Watson przemienił się w Joan Watson. Dużo było spekulacji, czy to może zmiana na lepsze, czy raczej nie. Trudno to określić, trzeba natomiast przyznać, że Liu świetnie wczuła się w rolę jej daną. Problemem może być jedynie fakt, jaką rolę jej dano. Joan jest towarzyszem trzeźwości i hojnie opłacana przez ojca Sherlocka Holmesa, żyje ze swoim pacjentem prowadzając go od czasu do czasu na spotkania grup. I to jeszcze nie problem, doszłam do wniosku, że nawet to dobrze rozwiązane zadanie (niestety, taki towarzysz w pewnej chwili musi odejść - beznadziejne wytłumaczenie i zastąpienie w połowie sezonu...), jednak Watson już w pierwszym odcinku wydaje się miejscami mądrzejsza od Holmesa. A do tego nigdy nie powinno się dopuścić!

Sam Holmes to były ćpun, z mroczną przeszłością (chodzi mi tu przede wszystkim o Adler), oczywiście wariat, geniusz i człowiek aspołeczny. Pszczoły i skrzypce - miłe nawiązanie do oryginału, straszna uczuciowość czy może coś na jej kształt, uzależnienie psujące niektóre sceny - najsłabsza część tego filmu. Niestety, główny bohater to jednocześnie najbardziej niedopracowany bohater w tym gronie.

Zagadki kryminalne - poziom marny, trudno doszukać się powiązań z pierwowzorem. W dodatku, z serialu kryminalnego, robi nam się typowy serial kryminalno-obyczajowy. Morderstwa i inne takie ciągle przeplatają się z problemami Sherlocka, który wbrew pozorom nie żyje tylko pracą - nie żyje w ogóle pracą, to jego ucieczka przed przeszłością.

Układ sił jednak nie zmienia się nigdy - on myśli, ona "pomaga"
Z tego wszystkiego wyłania się obraz czegoś zupełnie nie podobnego do Sherlocka, a jednak nie dość że wytrwałam przez cały sezon, to w dodatku całkiem mi się podobało! Bo mimo wszystko, gdy czekamy na kolejne odcinki Sherlocka BBC, miło zobaczyć kogoś choć trochę do niego podobnego. Ale, jeszcze chwile, czyli o wbrew pozorom najważniejszym w Elementary:

Mimo, że dużo z pierwowzorem wspólnego odcinki nie mają, to poza Sherlockiem i Watson, punkty wiążące muszą być. W tym przypadku Irene Adler i Moriarty. Z tą pierwszą zawsze jest problem. U Doyle'a postaci kobiecych za wiele nie było, a Adler to dosłownie jedyny punkt zaczepienia u reżyserów. I dlatego wręcz głupieją, gdy muszą gdzieś ją wcisnąć. W Elementary zostało to rozwiązane całkowicie inaczej niż w pozostałych produkcjach, czego przypieczętowaniem jest podwójny odcinek finałowy. I Moriarty w całej swojej okazałości, też dopiero tam dopiero się pokazuje.
Najmocniejszy punkt tego serialu, najbardziej nowatorski, chociaż przyznam, nie jestem pewna, że mi się spodobał. Do połowy, kiedy to wszystko się wyjaśniło, najzwyczajniej w świecie mnie denerwował. A potem... Na pewno było lepiej...

Jednak piszę, zarzucam, a tak jak wspominałam już wyżej, sam serial  polubiłam. Nie zaprzeczam, że może z braku odcinków Sherlocka (ileee można czekać...), przywiązania do samego bohatera (bo gdy znacie imię i choć trochę czytaliście, to od razu wchodzicie w serial, jakbyście odwiedzali dobrego znajomego, prawda?), no i z wariatem zawsze miło po przebywać (wbrew pozorom, Luther wypada gorzej w rankingu od Elementary). Co niestety nie znaczy, że jest to serial bardzo dobry. Gdyby nie fakt, że ma Sherlocka Holmesa, utonął by w przeciętności...

Poza tym, niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają:



*Pod hasłem wierna ekranizacja rozumiem - ekranizacja, której główny bohater nazywa się Sherlock Holmes, a towarzyszy mu J.Watson.

poniedziałek, 14 października 2013

4.Wieczorem...


* * *
ze wszystkich podróży
najbardziej lubię
te długie wycieczki

w siebie

bo to i cholera wie
którędy
i stacja docelowa
nie wiadomo
gdzie

lubię te podróże
bo
mogę wybierać się w nie będąc
w tramwaju
w pracy
na ulicy

lubię te podróże
bo
tyle nieznanych krajobrazów
spotykam po drodze
tyle nieodkrytych miejsc

lubię te podróże
w które wyruszam bez biletu
a wracam

z tyloma bagażami

Jarosław Borszewicz z tomu "Zezowaty duet"

sobota, 12 października 2013

Zabawa literacka ("Charlotte Bronte i jej siostry śpiące" E.Ostrowski)


Ryzykownym jest pisać kolejną biografię zagranicznego autora, dopiero niedawno na dobre podbijającego rynek (bo jak inaczej nazwać ten precedens wydawania dzieł sióstr  Bronte w Polsce?), gdy w dodatku owy autor doczekał się dwóch innych biografii, jedne wręcz legendarnej i wielbionej przez wszystkich (bo kto nie kocha Na plebanii w Haworth?). Jednak ryzyko zawsze może się opłacić...

"Charlotte Bronte i jej siostry śpiące" oparta jest na założeniu, że całe swoje życie autorka Jane Eyre w zawoalowany sposób opisała w książkach. Wszystkich - również tych, których autorstwo przypisywane jest Emily i Annie. Pan Eryk jest nieodosoboniony w tych, wydawać by się mogło, szokujących tezach. Tak mało wiemy o życiu legendarnych pisarek, tak wiele w tym niepewności, tak dużo listów zniszczonych, tak dużo tragedii i samotności, a jednocześnie geniuszu, że każda kolejna osoba stara się znaleźć wytłumaczenie, dlaczego, czy na pewno...
By doszukiwać się potwierdzenia, trzeba mieć materiały, na których można się oprzeć. W przypadku Charlotty jest to jedynie spuścizna literacka, poparta niewielką ilością listów i biografią Elizabeth Gaskell. Wbrew pozorom, daje ona większe pole wyobraźni, niż potwierdzania kolejnych faktów.

Na początku mamy wprowadzenie, opis Charlotty, choć realny i wyłaniający się z wszystkich jej listów, całybyć może mnożące się z niebywałą prędkością. Emily napisała Wichrowe Wzgórza? Nie, Charlotte zdecydowanie. A że styl? Trzeba porównać z surowością wczesnych rękopisów i mamy odpowiedź. A Branwell? Może on również jest autorem?
czas nieprawdopodobny, zupełnie nie podobny do naszego wyobrażenia. Mamy też wszystkie nasze

Oczywiście, prócz wszelkich dywagacji, są też kolejne fakty, być może nieznane szerszemu gronu, choć już
wcześniej opisywane. Małżeństwo Charlotte, jej przyjaźnie, traumatyczne dzieciństwo, nieodwzajemnione miłości, urojenia, depresje. Poparte wcześniej wydanymi biografiami sióstr*, listami. Dość chaotycznie ułożone, acz przejrzyste.

I wreszcie coś, czego dotąd spotkać nie można było w Polsce - cudowne obrazy, szkice, rysunki, zdjęcia rękopisów, zagubione zdjęcia. Obydwie poprzednie biografie potraktowane były po macoszemu, tę zdecydowanie wydawcy kochają.

Wszystko razem wzięte tworzy niespotykaną pracę. We wstępie teza, dalej próba potwierdzenia, co prowadzi do podsumowania i w którym to miejscu człowiek zauważa, że zamiast większej jasności, mamy jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi. I tylko jedno jest pewne - Charlotte Bronte nie chciała, by ktoś zagłębił tę tajemnicę, zniszczyła wszystko, co mogłoby doprowadzić do jej rozwiązania. A jeśli ona tego nie chciała, to my nie mamy szans, by to odkryć.

Trudno rozpatrywać tę książkę w jakimś oddzielnym dziale, ona nie istnieje jako osobna biografia czy praca naukowa. Dobrze napisana, oparta na wielkim być może, pełna odniesień do innych biografii, do literatury, do szczątkowych wspomnień. Miła zabawa literacka, nie do rozwiązania. Do czytania, jako gratka dla fanów rodzeństwa Bronte, zdecydowanie niezrozumiała dla nieznających utworów genialnych sióstr. Z autorem można dyskutować, można podważać jego tezy, można się zgadzać. Rozpatrywać można tę książkę jako uzupełnienie do całości. Nie wnoszące wiele, raczej przypominające, że Currer, Ellis i Acton Bell cały czas w nas żyją. I że zagadka literacka na miarę tej szekspirowskiej, jest nie do rozwiązania.

*mowa tu przede wszystkim o "Na plebani w Haworth" i "Siostrach Bronte" (obie autorstwa polskich pisarek), choć autor odnosi się również do tekstów zagranicznych autorów.

"Charlotte Bronte i jej siostry śpiące" E.Ostrowski, wyd.MG, 2013
Za książkę dziękuję wydawnictwu MG

niedziela, 6 października 2013

3. Wieczorem...

Fitzgerald z córką
List F.S. Fitzgeralda do córki w 1933 r.

"O co dbać należy:
Żeby być odważnym.
Żeby być czystym.
Żeby być skutecznym.
Żeby się nauczyć jeździć konno.
O co dbać nie należy:
O to, co ludzie powiedzą.
O lalki.
O przeszłość.
O przyszłość.
O to, żeby wydorośleć.
O to, żeby być pierwszym.
O to, żeby triumfować."

Zdjęcie pożyczone z bloga Płaszcz zabójcy, list z książki "Alabama song".

sobota, 5 października 2013

Qulturanki #1


...czyli co czytać, gdy opadają liście.
Oczywiście, żaden mól książkowy nie był by sobą, gdyby nie miał już założonej z góry listy książek na jesień. Moje też leżą równiutko ułożone na stoliku, czasem coś tam dochodzi, czasem coś odchodzi, jednak trzon jest niezmienny. I klimat się nie zmienia. 

Przede wszystkim, trochę klasyki.
Opasłej, pięćset stron minimum, może być melancholijna czy też pełna uczuć i emocji targającej bohaterów.
Jane Eyre C.Bronte- idealna na jesienne wieczory, miłosna, czasem spokojna, jak ocean przed burzą, książka, nad którą płakał Tharackrey, książka, która mnie osobiście urzekła i o której zawsze myślę z pewnego rodzaju nostalgią. Piękna warsztatowo, piękna wartościowo, jednak przede wszystkim, piękna emocjonalnie. Gotycka, wiktoriańska, mroczno-słodka.Jak zwierciadło. Każdy odbiera ją inaczej.
-tak pięknej okładki w Polsce jeszcze się nie doczekała, jednak ostatnio MG ją wznowiło i przetłumaczyło na nowo (nie omieszkam się przy okazji porównać ze znanym mi przekładem pani Świderskiej).
Prócz tego: Przeminęło z wiatrem M.Mitchell, Duma i uprzedzenie J.Austen, Mała Dorrit C.Dickens, Błękitny zamek L.M.Montgomery (Północ i południe E.Gaskell*)

Noblistami nie pogardzimy.
Niedoszłymi noblistami również.
"Norwegian Wood" H.Murakami - Zły Ludź krzyczał na mnie, że nie od tego się zaczyna przygodę z Murakamim. Że to całkowicie inny Murakami.
Całkowicie może nie, jednak inny jest. Nie idealny, nie tak dobry jak "Na południe od granicy...", trochę za bardzo erotyczny, ale mimo wszystko sama chętnie przeczytałabym go jeszcze raz, w jakieś deszczowe popołudnie. Przy muzyce Beatlesów.
-przy okazji przypominam, że już niedługo przyznanie Nobli w kategorii literatura. I Murakami znowu jest murowanym faworytem. Wraz z panią Oates (kibicuję obydwojgu). Ale przepowiadają, że nagroda powędruje do Afrykańczyka. Zobaczymy.
Prócz tego: inspiracji szukamy tu. (Saga rodu Forysate'ów J.Galsworthy, Wszystkie boże dzieci tańczą H.Murakami)


Miło, szybko, jakby nie jesiennie.
Czyli trochę literatury kobiecej. Taki podpunkt być musi, gorzej z wypełnieniem. Kompletnie nie umiem polecać literatury kobiecej. Może wy coś polecicie? A ja przejdę do ukochanych biografii?
Jednak najpierw nie omieszkam wspomnieć, że mi osobiście marzy się ta, typowo kobieca książka. W dodatku od zawsze (czyli poprzedniego roku, kiedy to zobaczyłam ją w katalogu Weltbild). Zbiera miłe, zachęcające recenzje, tematyka też niebanalna, po prostu "Między nami" C.Cleave
-prawa do ekranizacji wykupiła Nicol Kidman. Tylko jeszcze nic z tym fantem nie zrobiła...



Przez ramię.
Biografie czasem są wścibskie. Ale zazwyczaj są po prostu strasznie inspirujące.
"Pasja życia" I.Stone - świetna. Pełna, trochę szalona, inspirująca, literacko majstersztyk, wciągająca, Kocham van Gogha, teraz jeszcze bardziej. I podziwiam całym sercem. Jak i Irvinga Stone'a.
A co lepsze, większość też się zakocha. I zacznie podziwiać. Na jesienne, impresjonistyczne wieczory obowiązkowa.
-jest, jest tez ekranizacja. Troszkę demonicznie się zapowiada, obawiam się ją oglądać.
Poza tym: "Poniedziałkowe dzieci" P.Smith, "Blondynka" J.C.Oates, "Queen. Nieznana historia" P.Hince (Charlotte Bronte i jej siostry śpiące E.Ostrowski)

Tolkien i Lewis muszą być!


"Dopóki mamy twarze" C.S.Lewis - w pięknej, jesiennej okładce i treści zabierającej nas daleko w podróż, nie tylko uczuciami. Otoczenie się zmieni, jednak i myśli ulegną przemianie. Lubię za to Lewisa.
Poza tym: Opowieści z Narnii C.S.Lewis, Silimarilion J.R.R Tolkien, "Listy" J.R.R.Tolkien (Rudy Dżil i jego pies J.R.R.Tolkien)





*tytuły podane w nawiasach, to książki, które ja tej jesieni czytam w ramach mego stosu z danej kategorii

Traktuję to jako pilota Qulturanek. Czy ta akcja zaistnieje zależy tylko od waszej reakcji...

czwartek, 3 października 2013

Świetna proza, czyli znowu o bardzo dobrej książce... ("Wszystkie boże dzieci tańczą" H.Murakami)

Nie żebym wyprzedzała fakty, czekając na rozdanie nagród Nobla, jednak po pani Oates przyszedł  czas na Murakamiego*.  Długą miałam przerwę, choć jego dwie powieści były jednymi z tych, które włączyłam w zaszczytny poczet ulubionych.

Trudno było mi ocenić, czy mają wielką wartość literacką, czy to może jedynie emocje, jakich gamę wywołały we mnie. Tym razem trafiłam na krótką formę, zbiór kilku opowiadań japońskiego mistrza słowa, które jak się okazało, ukazują jeszcze inny aspekt twórczości Murakamiego.

Tom "Wszystkie boże dzieci tańczą" zawiera sześć różnych opowieści, które łączy w pokręcony sposób wspólny mianownik - trzęsienie ziemi. Nigdy nie wymieniane w czołówce, nigdy nie będące osobistym przeżyciem głównego bohatera. A jednocześnie gdzieś wewnątrz żyjące, pchające, łamiące. Same opowiadania - niby każde inne, każde w innym stylu i stylizacji, a za każdym razem przebija się w nim wrażliwość i nigdy nie stracona nadzieja autora.
Co więcej, wszystkie razem łączą się w jakby mini-powieść, ich układ nie wydaje się być przypadkowy.

Rozpoczyna się ufem (czy może nie odmieniać?), a raczej, rozpoczyna się drogą, która mimo, że jesteśmy w połowie, wciąż zaczyna się na nowo. Typowy schemat Murakamiego w nowej wersji i nowej opowieści, cały czas z tą samą wrażliwością. Dalej, biegnie przez zmieniające się jak w kalejdoskopie obrazy, aż do zakończenia. Szczęśliwego z nutką melancholii. Widzimy dziwny progres w tych opowiadaniach, tak różnych i tak podobnych jednocześnie.

Autor bawi się stylami, snami, muzyką, surrealistycznymi wizjami, dodając do tego tak wiele człowieczeństwa, że wydaje się to wręcz nieprawdopodobne. Jego postacie to ludzie różni - przeciętni i nudni, wrażliwi i zagubieni, z wspomnieniami i bez. Jednak czy tego już wcześniej nie znaliśmy? Szczególnie tych zagubionych, wrażliwych, którzy zaludniają jego powieści? Tym razem, po raz pierwszy zobaczyłam u niego również wątki nierealne. Panie Żabo, dzień dobry! Czy Murakamiemu do twarzy z Panem? Przyznam, ciekawiej.  Nie powiem, że lepiej. Jednak ciekawie zdecydowaniej.

Trudno też nie zauważyć, jak wszystko jest wyważone i dobrane, mimo jednoczesnego szaleństwa i wręcz wybuchu wyobraźni. Murakami ma bardzo specyficzny, jakby ociosany styl pisania. Jednocześnie jest on bardzo poetycki. Dziwny, a mimo to zapadający w pamięci. Prosty i kunsztowny za razem. Z pojedynczymi zdaniami, których potem trudno pozbyć się z własnej świadomości.
Krótka forma ogranicza pisarza, a jednocześnie może ukazać jego zalety, niezauważone w przypadku powieści. U Murakamiego tak jest. Widać, że wszystko tam jest przemyślane, poukładane, na swoim miejscu, z puentą cichą i przemijającą, zabierają jakąś cząstkę nas. Malutkie, dzieła sztuki. Szczególnie dwa pierwsze, od których nie mogłam się oderwać i do których jakaś cząstka cały czas wędruje. W "Krajobrazie z żelazkiem" możemy zaobserwować pewne nici łączące również autora z Tove**.

Sztandarowe pytanie na koniec: Co z erotyzmem? Jakby potwierdzając niepisaną zasadę "Książka nie sprzeda się bez krwawych scen bądź seksu" nie zabrakło go tu. Jednak, o ile w "Norwegian wood" mieliśmy zdecydowany przesyt, tutaj jest powiedziałabym nawet, że wyważony i wreszcie współgrający z treścią. Po raz pierwszy, Murakamiemu udało się wszystko świetnie zgrać.

Słowem, takich przerw nie mogę sobie robić. Murakami to emocjonalna, a jednocześnie wyważona proza o ludziach szukających, nieszczęśliwych, czasem niespełnionych. Po prostu takich, jakimi każdy ktoś kiedy się czuł. Proza świetna.

"Wszystkie boże dzieci tańczą" H.Murakami, 2006, tł.A.Zielińska-Elliot 


                                                                                                                      

*O nagrodzie Nobla miałam pisać, bo już niedługo poznamy po raz kolejny laureata, jednak ubiegła mnie Blannche [tutaj], więc ja pokuszę się dopiero o jakąś notkę na podsumowanie, kiedy to (jak zwykle) nie zdobędzie nobla nikt znany szerszej publiczności, a wszyscy będą zaszokowani dziwnie brzmiącym, nieznanym nazwiskiem.(W tym roku to nazwisko ma być podobnież afrykańskie)
**Tove Jansson, która, jeśli ktoś jeszcze jest uprzedzony, pisała cudowne książki, czytane przeze mnie w kółko.

wtorek, 1 października 2013

Zelda Fitzgerald. Impresja, czyli każdy widzi ile może i pokazuje ile może. ("Alabama song" G.Leroy)

Dziwna to książka, traktująca o czasach tak wspaniałych, tak obszernych i tak emocjonujących, że materiału nie zabrakło na kilkadziesiąt podobnych. Dziwna, bo zawierająca jedynie dwieście stron zapisanych czarnymi słowami. Zamiast wykorzystać  wszelkie możliwości, umiejętnie rozwinąć temat, poprowadzić czytelnika w te czasy, te miejsca, gdzie właśnie chciałby się przenieść, jakby bojąc się, że zabierze zbyt dużo przestrzeni, wszystko co chce przekazać, zamieszcza na tak małej przestrzeni.

Lecz proszę, nie śmiejcie się, że książka o Zeldzie, tej Zeldzie, inspiracji Fitzgeralda, choć materiału było tak wiele, jest tak krótka. W tym szaleństwie jest metoda, jak mówi klasyk.
"Alabama Song" to powieść w formie pamiętnika, co jest kluczem do sukcesu. Pamiętnik owy jest chaotyczny, rozkrzyczany i ułożony niechronologicznie. Lata klęski przeplatają się z młodością, rozkwitem. A pośród tych lat, między zapiskami, które wydają nam się nie drukowane na dobrej jakości papierze, a zapisywane na przypadkowych kartkach, odkrywamy ją - Zeldę.

I w tym tkwi cały zamysł. Może dwieście stron, to niewystarczająca ilość, by opisać szalone lata 20, wszystkie perypetie, książki i uczucia, jednak zmieścił się na niej portret temperamentu i charakteru Zeldy Fitzgerald – jednej z bardziej znanych kobiet XX wieku. Albo raczej nie portret – szkic jedynie.

Zaraz też trzeba dodać jedno – książka z serii tych, które trudno zakwalifikować. Człowiek czyta sobie spokojnie, całkiem podoba mu się rozkrzyczany, pamiętnikowy styl Zeldy/pana Leroy’a i wiara we własny geniusz wraz z własnym poczuciem wartości (tutaj tylko bohaterki) i chociaż widzi, że książka powinna być zdecydowanie inna, to jednak to nowatorstwo, to zrobienie jedynie króciutkiej broszurki, gdzie fakty przeplatają się z fikcją literacką, gdzie nikt nie przywiązuje wagi do jakichś konkretnych wydarzeń, gdzie większość bohaterów postrzegana jest w czarnych kolorach (okiem Zeldy), podoba mu się, docenia inwencję autora i w ogóle jest pod wrażeniem.

Szczególnie ten pamiętnik – niby tak prosta forma i tak subiektywna, a jakie to ona daje możliwości! Dzięki niej autor bez problemu, nie klucząc, może nie zajmować danego stanowiska, np. w sprawie choroby psychicznej Zeldy (przecież jeśli ona pisze w dzienniku, to wiadome, że będzie się wypierała. A kto wie, czy ona czy może lekarz ma rację? Czytelnikowi się to podoba), obiektywnie spojrzeć i dać obiektywnie spojrzeć czytającemu.

Jednocześnie widzimy popadanie w jakieś dziwne nastroje miejscami. Tragizm przesadzony w niektórych fragmentach tak bardzo, że człowiek złośliwy z natury aż się krzywi i oczywiście w życiu nie uwierzy, w to, co autor chce mu wmówić.

Dalej mamy szkic, wokół którego tak krążę. Szkic ciekawy, rozbudzający apetyty i w dodatku potwierdzający teorię, że zwyczajną charakterystykę z wyższej półki i dobrze napisaną, można sprzedać oprawioną w okładki.

Tylko: charakterystykę można rozwinąć jeszcze trochę.
A nawet: trzeba. Bo jeszcze biedny czytelnik pomyśli sobie, że nie wiedziałeś dokładnie czego chcesz, autorze? Czy może zrobić z tego króciutkie opowiadanie, czy raczej pokusić się o powieść?
No i jeszcze jedno: trzeba uważać na posłowia, kochany autorze. Zdradzać wszystkie swoje zamierzenia, które miało się zamiar przekazać w książce? Ryzykowne. A jak coś nie wyszło, czegoś nie było, coś stworzyło się niezależnie od ciebie? Jeśli czytelnik zachwycił się tym, czego w ogóle miało nie być?

A jeśli czytelnik jeszcze nie zauważył, że ja jestem zamotana, to teraz jest miejsce, by zauważyć. Miło się czyta, poza paroma miejscami denerwującymi, w dodatku książka jest uczuciowa, a ja ostatnio się w takich lubuję, jednak jeszcze za dużo jej brakuje, by coś zdziałać w tym świecie. Nawet owa Zelda jako główna bohaterka nic tu nie da. Jednak przede wszystkim: to nieszczęsne posłowie! 



"Alabama song" G.Leroy, wyd.Czytelnik, 2013, tł.W.Gilewski

Zelda Fitzgerald
Ta Zelda to jednak straszna trzpiotka była... Bliższej znajomości wymaga zdecydowanie. Trzeba będzie zaopatrzyć się w lektury. Polecacie coś?