Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowości. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 listopada 2013

"Farby wodne" na połamanej palecie.


Występują:
-Adolf Hitler uwielbiający "Królewnę Śnieżkę"
-Dina Gottliebova malująca Śnieżkę
-Romowie
-szkice z podobiznami Romów powstałe w Auschwitz

* * *
To zaczęło się dawno temu, gdzieś w okolicach 1935 roku. Pamiętasz może? Ja też nie... Jednak to właśnie wtedy Walt Disney postanowił zrealizować szalony pomysł animacji popularnej baśni w czasach niesprzyjających jakimkolwiek produkcjom. Przepowiadano klęskę, był sukces. "Królewna Śnieżka" w 1937 roku podbiła serca widzów na całym świecie.

W tym czasie, w ciemnym, zadymionym pomieszczeniu siedziało kilkunastu ludzi decydujących o losach ludzkości. Wśród nich Adolf Hitler. Po raz kolejny oglądali historię czarnowłosej Królewny i jej małych przyjaciół. W kinach III Rzeszy nie można było wyświetlać produkcji Disneya. Zabronione przez Hitlera. W końcu amerykańskie - nie dla nazistów.

Praga. Młoda malarka Dina "Królewnę Śnieżkę" obejrzała siedem razy, zachwycając się perfekcją rysunków i harmonią.

To było przed 1939 rokiem. Potem zaczęła się wojna. U Disneya strajki, w Europie walki, obozy, getta, śmierć. Dina trafia do Auschwitz, gdzie po przejściach na polecenie jednego z lekarzy maluje portrety przetrzymywanych tam Romów.

I właśnie tutaj, gdzieś w drodze pomiędzy  Auschwitz a Hollywood, pomiędzy Diną, której muzeum po wojnie nie chce oddać jej prac, zasłaniając się dużą wartością historyczną a Romami, zapominanymi we wszelkich obliczeniach i wyliczeniach dotyczącymi wojennych ofiar, tkwi perełka, łza tej książki. Po etapie nieociosanych, przepełnionych emocjami i nieporadnych wspomnień z tamtych lat, dostajemy świadomy reportaż. Łączący czasy przeszłe z teraźniejszością, patrzący z dystansem, utkany misternie, ułożony ze wszystkich możliwych kawałków, oczyszczony z niepotrzebnych nitek czasem nieumyślnie wplatanych w takie historie.

Pani Lidia Ostałowska zazwyczaj kojarzona jest z Romami, ale również ze wszystkimi innymi o których zapomniano i dyskryminowano. W tej książce o Romach nie zapomina, jednak głównym tematem jest Dina Gottliebova - malarka, graficzka, która przez część swojego życia walczyła, by odzyskać szkice wykonane w obozie. By odzyskać spokój.
Oczywiście, wymaganym jest obiektywność autorki wobec opisywanych. Reportaż, te sprawy, żadnych uczuć. Ale z drugiej strony, jak nie pochylić się nad dyskryminacją Romów czy przypadkiem dojść do wniosku, że to jednak oni byli winni? Z Diną jest inaczej. Muzeum powinno oddać prace? Nie jestem pewna do dziś, jak bym się zachowała. Przede wszystkim dlatego, że nie mam pojęcia, jak ona się czuła.

Ale to nie koniec przedstawienia. Mamy podstawowe pytania, mamy bohaterów, mamy dziwne, niezrozumiałe cały czas dla nas zachowania. To już siedemdziesiąt lat! Niektórzy cały czas czekają na odpowiedź, niektórzy walczą tylko o to, by pamiętano. Inni po prostu chcą zapomnieć. A do nas to dociera w całej okazałości, przebijając się przez pozorny bałagan tematyczny i czasowy.

Wszystko zebrane, zamknięte w prostych słowach pani Lidii, ułożone z rozmysłem, zatytułowane przemawiająco. Tak jak być powinno. Porządnie.
I chociaż nie powinniśmy, zauważamy jak dobrą książkę czytamy. Ryzykowne, choć nie w tym przypadku.

* * *

Kurtyna opada. A raczej opadła dawno temu. Teraz czasem zza niej odzywa się krzyk, byśmy nie zapomnieli, bo to najważniejsze. A "Farby wodne" są odpowiedzią. Odpowiedzią do osób posiadających imię, nazwisko, życie. Do osób, które się pomijało. Odpowiedzią, że pamiętamy.

Ocena: 7/10

"Farby wodne" L.Ostałowska, Czarne, 2013


czwartek, 14 listopada 2013

Przy tej książce słowa wirują... ("Kafka nad morzem" H.Murakami)


...układają się w dziwne konstelacje, łączą i oddziałują na siebie. A potem przewracamy ostatnią stronę, słowa uciekają, nie chcą w myślach tworzyć spójnej całości, więc zostają tylko kolory i nic nie znaczące zdania.

Niebieski.

Zielony.

Pomarańczowy.

Niewielki związek ma to z samą powieścią, w której kolory nie grają znaczącej roli. Murakami ma słowa, myśli. Przewaga czy może jedynie niewidoczne połączenie z naszymi kolorami?
"Kafka nad morzem" to opowieść w której po raz kolejny wszelkie możliwe światy łączą się w całość,
oddzielając się od siebie cienkimi liniami. Zaczyna się zwyczajnie. Jest chłopiec. Introwertyk, dojrzały jak na swój wiek - pierwiastek łączący z innymi powieściami autora. Jest klątwa, zabójstwo, jest analfabeta. Dwie historie toczą się niezależnie od siebie, jednocześnie praktycznie się ze sobą łącząc. Przed oczami pojawiają się ludzie. Różni, samotni, zagubieni, zadowoleni. Są retrospekcje, dziwna opowieść wojenna...

Albo inaczej - czego tam nie ma. Gdy teraz chce się o tym wspomnieć, zalewa nas fala stylów, figur, postaci, nawiązań. Przedziwny chaos, który zapewne znajdzie się w analizie tej książki, chociaż w samej książce go nie ma. Murakami posiada ten dziwny dar sterylnego i osobliwego pisania, który pozwala mu otwierać przed nami światy, czas i myśli bez uczucia zagubienia, oszołomienia czy przesytu.

Oczywiście jest jednocześnie to po części filozoficzne spojrzenie z różnych stron na nasze życie. Czasem zadziwiające, czasem jedynie upewniające, zawsze żyjące. Przede wszystkim - uspokajające. Są też nieodłączne nawiązania muzyczne, postacie z którymi po części utożsamiamy się. Są myśli, nuty, wspomnienia.

Murakami umie prowadzić czytelnika, umie prowadzić akcję. Jeśli gdzieś są niedociągnięcia, zostają one zatuszowane przez emocje czytelnika.
Oczywiście, nie każdego. Jak to z książkami bywa.
Jednak jeśli emocje już są, ostatnią rzeczą jest spojrzenie na tę książkę w miarę obiektywnie.

Zostaje więc odłożenie jej na półkę, schowanie wszelkich notatek czynionych na skrawkach papieru, paragonach, marginesach książki i zamknięcie oczu.

Zielony.

Żółty.

Lazurowy.

Ocena: 9/10

"Kafka nad morzem" H.Murakami, Muza, 2010, tł.A.Zielińska-Elliot

sobota, 9 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą: Znowu na Placu Słonecznym


 

Gdy sięgasz po drugą część musisz mieć zaufanie do autora. By przeżyć przygodę, również jest to potrzebne. Ja ufałam autorce książek o Agacie z Placu Słonecznego, dzieci wreszcie ufały niani i chyba właśnie dlatego tak wyśmienicie się bawiliśmy…

Zamiast jednej dłuższej przygody, mieliśmy kilka pomniejszych. Za to jakich! Zostajemy zabrani w miejsca, które od dawna śnią się po nocach – Nibylandia, Kraina Śniegu. Na naszych oczach świat pokrywa się koronką. Nic, tylko zostać tam na zawsze.
No i ostatni rozdział… Pani Ewa umie budować wspaniałe historie.

I nie umniejszając innych zalet tej książce, owe historie są najpiękniejsze. Może czasem brakuje im słów, by oddać całą wspaniałość krajobrazów rysujących się w głowie, może czasem nie mają prawdziwej głębi, jednak już samo przebywanie w krainach, które zaistniały w wyobraźni autorki – magia, której w żaden sposób nie da się zastąpić.

Nasi bohaterowie nie zmieniają się od poprzedniego tomu – inteligentne, czasem niegrzeczne i zabawne rodzeństwo a obok nich niania – praktycznie chodzący ideał. Może nie chwytający za serce (chociaż te Trojaczki…), jednak miło było z nimi zagłębiać w kolejne kraje na mapie wyobraźni…


Jest też troszkę o tęsknocie i miłości. Jest o radości i łączności. Wiecie, jak to powinno być w porządnych książkach dla dzieci. 

Druga część? Czuć. Więcej radości i spokoju, nie tylko w naszych głowach, ale również piórze pani Ewy. Widać, znajduje ona swój styl, zapomina miejscami o konwencjonalnych rozwiązaniach, jednocześnie cały czas utrzymując łączność i czerpiąc z pięknych tradycji literatury dziecięcej.

I te ilustracje...

"Agata z Placu Słonecznego. Agata i jeszcze ktoś" E.Karawan-Jarzębska, 2013
Za książkę dziękuję wydawnictwu Magrinesy



poniedziałek, 4 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą: Gdy zaczynają opadać liście...


Nie ma wyraźnej granicy oddzielającej lato od jesieni. Po prostu, w pewnej nieuchwytnej chwili słońce zaczyna inaczej świecić. Zamiast ciągłych, oślepiających błysków, posyła nam pomarańczowe promienie. Intensywne (zbledną z czasem), ale pomarańczowe. Już nie ogniste. Potem przychodzi wiatr. Wpadający rano przez otwarte okno pachnący nie letnich przygód, ale drobinkami zimowych płatków. I to już jest to.
Niby drzewa jeszcze zielone, niby ptaki świergolą rano, ale to jesień. Czuć.

Są też takie książki. Jesienno – wakacyjne. Z zieloną okładką, z latem w środku. Króciutkie.

Moja opowieść była o Marysi. Nieśmiałej, uśmiechniętej, która na wakacje przyjechała do cioci. Tam czekał na nią stary, opuszczony domek, czekała na nią pani Wróżka, czekały dzwoneczki i pewien kot.

Znacie takie historie, ja też je dobrze znam. Są jednymi z tych, które czyta się szybko, acz z uwagą i przyjemnością. Są jednymi z tych, które czyta się z uśmiechem, odnajduje się w nich własne marzenia i wątpliwości.
Historia Marysi właśnie taka jest. Pełna ciepła, dziecięcego odkrywania świata, z tymi ukochanymi bohaterami, o których potem myślimy ciepło w trakcie jesiennych wieczorów.
Ja przede wszystkim myślę sobie o pani Wróżce, kobiecie już troszkę starszej. O jej dzwoneczkach, miłych zmarszczkach pod oczami i ciepłej kuchni. I o tym, jak spędzę przy okazji kolejne wakacje.
Myślę też o Marysi, troszkę podobnej do młodszej mnie. Z blond warkoczykami i niebieską sukieneczką.

Książkę pani Emilki czytałam w malutkim domku zaszytym gdzieś w górach, w sierpniu. Dziewczęcą, wiśniową książeczkę, pełną problemów tamtych lat i wielkich wyborów. Wielkich, jak na rozmiar Marysi i każdej małej dziewczynki.
Mądra, wakacyjna, pełna uśmiechu i czasem melancholii... Lubię ją.

Wspomnieć też trzeba o pięknych ilustracjach pani Małgorzaty Musierowicz. Chwytające za serce. 
I miło jest myśleć, że od 8 listopada będziemy mogli przeczytać kolejną książkę pani Kiereś, "Kwadrans"

Obydwie grafiki pochodzą ze strony poświęconej "Srebrnemu dzwoneczkowi".

"Srebrny dzwoneczek" E.Kiereś, Akapit-Press, 2010

środa, 30 października 2013

"Dobrze jest mieć księżyc w pełni." ("Ocean na końcu drogi" N.Gaiman)


Trudno unieść pióro, gdy przed chwilą zamknęło się książkę literacko dopieszczoną. Kawałek metalu i odrobina atramentu – wszystko ciąży w dłoni, przygniecione natłokiem myśli, interpretacji, wyobraźni i przyjaźni. Bezsens i zwykła bezsilność aż przytłacza w obliczu nie tyle książki genialnej, co wspaniale współgrających z nami. Tymi prawdziwymi.

Ocean? 
„To był tylko kaczy staw na samym końcu farmy. W dodatku niespecjalnie duży. Lettie Hempstock nazywała go oceanem, ale wiedziałem, że to niemądre. Powiedziała, że przybyły tu zza oceanu ze starego kraju.” 
A więc nie ocean, kaczy staw. Zwykły, prozaiczny, na jaki każdy z nas może natknąć się gdzieś pośród wiejskich domków. Leżący na końcu drogi. Tej drogi, na której zaczyna się nasza podróż pełna magii, innych światów, snów, niesamowitych stworów i niebezpieczeństw.

Książka dziwna do granic możliwości. Zbudowana na tym, co uwielbiamy u Lindgren – kruchych, samotnych zdaniach w których dusza uchwycona jest między słowami, a nie w samych słowach. Dziecku samotnym, kochającym, szukającym, które w pewnej chwili musi stawić czoła złemu. Jednak książki Lindgren są dla dzieci. Ocean jest straszniejszy, przyjęło się, że uważa się go za książkę dla dorosłych.

Zamknięte w ramach powieści strachy słowne, strachy postaciowe nigdy nie wystąpiły by w książce Astrid. Za straszne, za boleśnie przemawiające nie tylko do najmłodszych, do starszych również.
Jednocześnie ta książka jest tak zamarznięta, nieskłonna do obdarzania uczuciem, że czytelnik samoczynnie ją uczuciem obdarza.
Po prostu, lubi ją. Albo raczej, bo niebezpiecznie zaczynamy wchodzić w obszar my:
Po prostu, lubię ją.
Lubię ją tak bardzo, że nie pożyczę jej tobie, bo mazałam po niej i zaznaczałam fragmenty, które chwyciły mnie za serce. Lubię ją, tak jak lubię „Mio, mój Mio”, wracać do niej będę z takim samym niepewnym uśmiechem jak do „Doliny Muminków w listopadzie”.

Jednak zaczynam się gubić w tym momencie, zakładając na siebie niewygodne powiązania, porównania książek cudownych z cudownymi. Tutaj to się kończy dla ułatwienia.

Gaiman jest autorem, którego bohaterowie wiedzą co to strach, samotność, zagubienie. Jeszcze nie weszli na kolejny etap dojrzewania, jednak gdy tylko zamkniemy oczy, widzimy jak będzie wyglądać ich życie za kilka lat. Jak przyznaje bohater na samym końcu:
„Podejrzewam, że historia ma znaczenie tylko wtedy, gdy występujący w niej ludzie się zmieniają. Ale w czasie tych wszystkich wydarzeń miałem zaledwie siedem lat i pod ich koniec pozostałem tą samą osobą jak na początku, prawda? Podobnie wszyscy inni. Bo musieli. Ludzie się nie zmieniają.”
Trudno zgodzić się całkowicie z autorem (zostając tymi samymi jednocześnie cały czas zmieniamy się), jednak jeśli tak to wygląda w jego książce, co tam znajdziemy? Nie ma dynamicznego bohatera, nie ma i naszej wewnętrznej przemiany.
A jednak, jest…

Ukryta w opowieści, trzonie tej książki, gdy to przechodzimy ze świata do świata, rozglądając się czasem panicznie, cały czas czując uścisk Lettie.


* * *

Tak napisany zlepek emocji leży sobie już od dłuższego czasu. Od czasu kiedy zdążyłam po raz pierwszy pokochać Gaimana (nie mogłam go kochać za „Lustra i dym”, nie lubiłam ich), kiedy jeszcze cała pełna
zachwytów i niepewności przekręciłam ostatnią stronę „Oceanu na końcu drogi”.
Próbowałam poprawiać ten tekst, nie chciał, to nic, że nie miał odpowiedniego zakończenia, nie miał kilku zastrzeżeń jakie już padły kiedyś, w jakichś recenzjach. A chciałam wam o niej opowiedzieć. Już, teraz. Więc tylko jeszcze dopisek, możliwe, że zbędny:
Książka Gaimana zbudowana jest jak książka dla dzieci. I tematykę ma książek dla dzieci. I nie wyróżnia się za bardzo niczym nadzwyczajnym, jeśli porównywać ją do innych dobrych książek dla dzieci. No, poza tym, że jest straszniejsza. A więc, jak każdą dobrą książkę dla dzieci, warto ją przeczytać.
Chociaż może nie niesie za sobą wielkich mądrości i nie jest specjalnie przecudowna obiektywnym okiem patrząc. Może to w ogóle to jest reakcja na pierwsze takie spotkanie ze wspaniałą literaturą Gaimana.
Więc, jeśli podaruję ją wam na urodziny, to nie zdziwcie się. A jeśli jej nie podaruję, to sami sobie ją podarujcie. Dla własnej przyjemności.

Zarówno tytuł tekstu jak i wszelkie fragmenty oznaczone kursywą są cytatami z opisywanej książki.

"Ocean na końcu drogi" N.Gaiman, MAG, 2013, tł.P.Bratiner

wtorek, 22 października 2013

Samotność w wielkim mieście ("Ukryte godziny" D. de Vigan)

Dzisiaj musicie zapomnieć o Paryżu, jaki żyje w waszych snach, jakim przepełnione są wszystkie opowieści. Że wieża Eiffla, że belle epoque, że Edith Piaf… Dzisiaj miasto oglądane będzie oczami paryżanina. Żadnego turysty z głową wypełnioną stereotypami. Człowieka, dla którego Paryż to droga dom-metro-praca...

Tym razem czeka na nas opowieść o Mathilde – samotnej matce trzech chłopców, która zaczyna mieć problemy w pracy. Jak to się dokładnie nazywa? Mobbing, bodajże. Szef jednego dnia zaczyna odsuwać ją od kolejnych projektów, pozbawia biura, udaje, że nie dostał jej maili...  Kobieta zostaje wręcz wciągnięta w pułapkę własnych myśli, najpierw starając się zrozumieć, co robi źle. Potem walcząc z tym. Nie wie tylko, że szybkiego, dobrego rozwiązania nie ma.
Równocześnie toczy się historia Thibaulta -samotnego lekarza, który właśnie rozstał się z dziewczyną i aktualnie całkowicie oddaje się pracy.

Troszkę schematyczne, jak to bywa w takim przypadku. Jednak jest coś, co wyróżnia  tę powieść. Normalnie wszystko powinno dążyć do momentu przełomowego, gnając z zawrotną szybkością. Tutaj w ogóle trudno znaleźć jakikolwiek moment przełomowy. Jesteśmy tylko my i bohaterowie, których drogi wiją się na wszystkie strony, nieprawdopodobnie blisko siebie, muskając się czasami.

I schemat się kończy. Zaczyna się dobra proza, niebanalna, o tym na co choruje teraz społeczność, mimo wszechobecnych uśmiechów i Dobrych Wróżek, mówiących: zrobisz to i będziesz szczęśliwy! czy myśl pozytywnie!. Zaczyna się opowieść o samotności, o chęci ucieczki, o strachu. Po prostu. Proza, której zawsze brakuje i  na którą zawsze zapotrzebowanie jest.


Jest też wielkie miasto. Paryż odgrywa niebanalną rolę. Nie w sensie komercyjnym, nie patrząc przez pryzmat zabytków, stereotypów, które wkładane nam są do głowy od małego . Paryż, mógłby być też Londyn, Nowy Jork, Madryt... Paryż, wielki, dudniący, pełen samotnych, mijających się w biegu ludzi.

Dwójka, której się przyglądamy, nadająca się cudownie do komedii romantycznej, odkrywa przed nami swoje drugie oblicze - pełne rozterek, pytań, niepewności, załamań.  Zazwyczaj zrezygnowane, boleśnie doświadczone. Samotne oblicze, które często ludzie chowają gdzieś głęboko przed innymi. Oblicze, które tak na prawdę, nas wszystkich łączy.

Jednak trzeba wspomnieć, czego tej książce zabrakło - duszy. Paradoksalnie, zbudowana jest cała na uczuciach, a uczuć czasem jej brakuje. Pani de Vigan nie posiada jeszcze (albo już?) rozmachu artysty, widać tylko świetnego rzemieślnika, który panuje nad wszystkimi postaciami, myślami, stylami, konstrukcjami. Bo warsztatowo książka jest świetna. Ale to jeszcze nie jest geniusz, i by wdrapać się jeszcze wyżej, potrzeba odrobiny czegoś. Dlatego książka może zginąć, wśród innych.

Mimo to, cały czas to dobra literatura. Takiej, jakiej czasem nam potrzeba. Po jakiej trudno się ruszyć z miejsca. Wstać i iść.

źródło zdjęcia,  źródło drugiego zdjęcia

"Ukryte godziny" D. de Vigan, wyd.Sonia Draga, 2010, tł.S.Kluza

sobota, 12 października 2013

Zabawa literacka ("Charlotte Bronte i jej siostry śpiące" E.Ostrowski)


Ryzykownym jest pisać kolejną biografię zagranicznego autora, dopiero niedawno na dobre podbijającego rynek (bo jak inaczej nazwać ten precedens wydawania dzieł sióstr  Bronte w Polsce?), gdy w dodatku owy autor doczekał się dwóch innych biografii, jedne wręcz legendarnej i wielbionej przez wszystkich (bo kto nie kocha Na plebanii w Haworth?). Jednak ryzyko zawsze może się opłacić...

"Charlotte Bronte i jej siostry śpiące" oparta jest na założeniu, że całe swoje życie autorka Jane Eyre w zawoalowany sposób opisała w książkach. Wszystkich - również tych, których autorstwo przypisywane jest Emily i Annie. Pan Eryk jest nieodosoboniony w tych, wydawać by się mogło, szokujących tezach. Tak mało wiemy o życiu legendarnych pisarek, tak wiele w tym niepewności, tak dużo listów zniszczonych, tak dużo tragedii i samotności, a jednocześnie geniuszu, że każda kolejna osoba stara się znaleźć wytłumaczenie, dlaczego, czy na pewno...
By doszukiwać się potwierdzenia, trzeba mieć materiały, na których można się oprzeć. W przypadku Charlotty jest to jedynie spuścizna literacka, poparta niewielką ilością listów i biografią Elizabeth Gaskell. Wbrew pozorom, daje ona większe pole wyobraźni, niż potwierdzania kolejnych faktów.

Na początku mamy wprowadzenie, opis Charlotty, choć realny i wyłaniający się z wszystkich jej listów, całybyć może mnożące się z niebywałą prędkością. Emily napisała Wichrowe Wzgórza? Nie, Charlotte zdecydowanie. A że styl? Trzeba porównać z surowością wczesnych rękopisów i mamy odpowiedź. A Branwell? Może on również jest autorem?
czas nieprawdopodobny, zupełnie nie podobny do naszego wyobrażenia. Mamy też wszystkie nasze

Oczywiście, prócz wszelkich dywagacji, są też kolejne fakty, być może nieznane szerszemu gronu, choć już
wcześniej opisywane. Małżeństwo Charlotte, jej przyjaźnie, traumatyczne dzieciństwo, nieodwzajemnione miłości, urojenia, depresje. Poparte wcześniej wydanymi biografiami sióstr*, listami. Dość chaotycznie ułożone, acz przejrzyste.

I wreszcie coś, czego dotąd spotkać nie można było w Polsce - cudowne obrazy, szkice, rysunki, zdjęcia rękopisów, zagubione zdjęcia. Obydwie poprzednie biografie potraktowane były po macoszemu, tę zdecydowanie wydawcy kochają.

Wszystko razem wzięte tworzy niespotykaną pracę. We wstępie teza, dalej próba potwierdzenia, co prowadzi do podsumowania i w którym to miejscu człowiek zauważa, że zamiast większej jasności, mamy jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi. I tylko jedno jest pewne - Charlotte Bronte nie chciała, by ktoś zagłębił tę tajemnicę, zniszczyła wszystko, co mogłoby doprowadzić do jej rozwiązania. A jeśli ona tego nie chciała, to my nie mamy szans, by to odkryć.

Trudno rozpatrywać tę książkę w jakimś oddzielnym dziale, ona nie istnieje jako osobna biografia czy praca naukowa. Dobrze napisana, oparta na wielkim być może, pełna odniesień do innych biografii, do literatury, do szczątkowych wspomnień. Miła zabawa literacka, nie do rozwiązania. Do czytania, jako gratka dla fanów rodzeństwa Bronte, zdecydowanie niezrozumiała dla nieznających utworów genialnych sióstr. Z autorem można dyskutować, można podważać jego tezy, można się zgadzać. Rozpatrywać można tę książkę jako uzupełnienie do całości. Nie wnoszące wiele, raczej przypominające, że Currer, Ellis i Acton Bell cały czas w nas żyją. I że zagadka literacka na miarę tej szekspirowskiej, jest nie do rozwiązania.

*mowa tu przede wszystkim o "Na plebani w Haworth" i "Siostrach Bronte" (obie autorstwa polskich pisarek), choć autor odnosi się również do tekstów zagranicznych autorów.

"Charlotte Bronte i jej siostry śpiące" E.Ostrowski, wyd.MG, 2013
Za książkę dziękuję wydawnictwu MG

czwartek, 3 października 2013

Świetna proza, czyli znowu o bardzo dobrej książce... ("Wszystkie boże dzieci tańczą" H.Murakami)

Nie żebym wyprzedzała fakty, czekając na rozdanie nagród Nobla, jednak po pani Oates przyszedł  czas na Murakamiego*.  Długą miałam przerwę, choć jego dwie powieści były jednymi z tych, które włączyłam w zaszczytny poczet ulubionych.

Trudno było mi ocenić, czy mają wielką wartość literacką, czy to może jedynie emocje, jakich gamę wywołały we mnie. Tym razem trafiłam na krótką formę, zbiór kilku opowiadań japońskiego mistrza słowa, które jak się okazało, ukazują jeszcze inny aspekt twórczości Murakamiego.

Tom "Wszystkie boże dzieci tańczą" zawiera sześć różnych opowieści, które łączy w pokręcony sposób wspólny mianownik - trzęsienie ziemi. Nigdy nie wymieniane w czołówce, nigdy nie będące osobistym przeżyciem głównego bohatera. A jednocześnie gdzieś wewnątrz żyjące, pchające, łamiące. Same opowiadania - niby każde inne, każde w innym stylu i stylizacji, a za każdym razem przebija się w nim wrażliwość i nigdy nie stracona nadzieja autora.
Co więcej, wszystkie razem łączą się w jakby mini-powieść, ich układ nie wydaje się być przypadkowy.

Rozpoczyna się ufem (czy może nie odmieniać?), a raczej, rozpoczyna się drogą, która mimo, że jesteśmy w połowie, wciąż zaczyna się na nowo. Typowy schemat Murakamiego w nowej wersji i nowej opowieści, cały czas z tą samą wrażliwością. Dalej, biegnie przez zmieniające się jak w kalejdoskopie obrazy, aż do zakończenia. Szczęśliwego z nutką melancholii. Widzimy dziwny progres w tych opowiadaniach, tak różnych i tak podobnych jednocześnie.

Autor bawi się stylami, snami, muzyką, surrealistycznymi wizjami, dodając do tego tak wiele człowieczeństwa, że wydaje się to wręcz nieprawdopodobne. Jego postacie to ludzie różni - przeciętni i nudni, wrażliwi i zagubieni, z wspomnieniami i bez. Jednak czy tego już wcześniej nie znaliśmy? Szczególnie tych zagubionych, wrażliwych, którzy zaludniają jego powieści? Tym razem, po raz pierwszy zobaczyłam u niego również wątki nierealne. Panie Żabo, dzień dobry! Czy Murakamiemu do twarzy z Panem? Przyznam, ciekawiej.  Nie powiem, że lepiej. Jednak ciekawie zdecydowaniej.

Trudno też nie zauważyć, jak wszystko jest wyważone i dobrane, mimo jednoczesnego szaleństwa i wręcz wybuchu wyobraźni. Murakami ma bardzo specyficzny, jakby ociosany styl pisania. Jednocześnie jest on bardzo poetycki. Dziwny, a mimo to zapadający w pamięci. Prosty i kunsztowny za razem. Z pojedynczymi zdaniami, których potem trudno pozbyć się z własnej świadomości.
Krótka forma ogranicza pisarza, a jednocześnie może ukazać jego zalety, niezauważone w przypadku powieści. U Murakamiego tak jest. Widać, że wszystko tam jest przemyślane, poukładane, na swoim miejscu, z puentą cichą i przemijającą, zabierają jakąś cząstkę nas. Malutkie, dzieła sztuki. Szczególnie dwa pierwsze, od których nie mogłam się oderwać i do których jakaś cząstka cały czas wędruje. W "Krajobrazie z żelazkiem" możemy zaobserwować pewne nici łączące również autora z Tove**.

Sztandarowe pytanie na koniec: Co z erotyzmem? Jakby potwierdzając niepisaną zasadę "Książka nie sprzeda się bez krwawych scen bądź seksu" nie zabrakło go tu. Jednak, o ile w "Norwegian wood" mieliśmy zdecydowany przesyt, tutaj jest powiedziałabym nawet, że wyważony i wreszcie współgrający z treścią. Po raz pierwszy, Murakamiemu udało się wszystko świetnie zgrać.

Słowem, takich przerw nie mogę sobie robić. Murakami to emocjonalna, a jednocześnie wyważona proza o ludziach szukających, nieszczęśliwych, czasem niespełnionych. Po prostu takich, jakimi każdy ktoś kiedy się czuł. Proza świetna.

"Wszystkie boże dzieci tańczą" H.Murakami, 2006, tł.A.Zielińska-Elliot 


                                                                                                                      

*O nagrodzie Nobla miałam pisać, bo już niedługo poznamy po raz kolejny laureata, jednak ubiegła mnie Blannche [tutaj], więc ja pokuszę się dopiero o jakąś notkę na podsumowanie, kiedy to (jak zwykle) nie zdobędzie nobla nikt znany szerszej publiczności, a wszyscy będą zaszokowani dziwnie brzmiącym, nieznanym nazwiskiem.(W tym roku to nazwisko ma być podobnież afrykańskie)
**Tove Jansson, która, jeśli ktoś jeszcze jest uprzedzony, pisała cudowne książki, czytane przeze mnie w kółko.

wtorek, 1 października 2013

Zelda Fitzgerald. Impresja, czyli każdy widzi ile może i pokazuje ile może. ("Alabama song" G.Leroy)

Dziwna to książka, traktująca o czasach tak wspaniałych, tak obszernych i tak emocjonujących, że materiału nie zabrakło na kilkadziesiąt podobnych. Dziwna, bo zawierająca jedynie dwieście stron zapisanych czarnymi słowami. Zamiast wykorzystać  wszelkie możliwości, umiejętnie rozwinąć temat, poprowadzić czytelnika w te czasy, te miejsca, gdzie właśnie chciałby się przenieść, jakby bojąc się, że zabierze zbyt dużo przestrzeni, wszystko co chce przekazać, zamieszcza na tak małej przestrzeni.

Lecz proszę, nie śmiejcie się, że książka o Zeldzie, tej Zeldzie, inspiracji Fitzgeralda, choć materiału było tak wiele, jest tak krótka. W tym szaleństwie jest metoda, jak mówi klasyk.
"Alabama Song" to powieść w formie pamiętnika, co jest kluczem do sukcesu. Pamiętnik owy jest chaotyczny, rozkrzyczany i ułożony niechronologicznie. Lata klęski przeplatają się z młodością, rozkwitem. A pośród tych lat, między zapiskami, które wydają nam się nie drukowane na dobrej jakości papierze, a zapisywane na przypadkowych kartkach, odkrywamy ją - Zeldę.

I w tym tkwi cały zamysł. Może dwieście stron, to niewystarczająca ilość, by opisać szalone lata 20, wszystkie perypetie, książki i uczucia, jednak zmieścił się na niej portret temperamentu i charakteru Zeldy Fitzgerald – jednej z bardziej znanych kobiet XX wieku. Albo raczej nie portret – szkic jedynie.

Zaraz też trzeba dodać jedno – książka z serii tych, które trudno zakwalifikować. Człowiek czyta sobie spokojnie, całkiem podoba mu się rozkrzyczany, pamiętnikowy styl Zeldy/pana Leroy’a i wiara we własny geniusz wraz z własnym poczuciem wartości (tutaj tylko bohaterki) i chociaż widzi, że książka powinna być zdecydowanie inna, to jednak to nowatorstwo, to zrobienie jedynie króciutkiej broszurki, gdzie fakty przeplatają się z fikcją literacką, gdzie nikt nie przywiązuje wagi do jakichś konkretnych wydarzeń, gdzie większość bohaterów postrzegana jest w czarnych kolorach (okiem Zeldy), podoba mu się, docenia inwencję autora i w ogóle jest pod wrażeniem.

Szczególnie ten pamiętnik – niby tak prosta forma i tak subiektywna, a jakie to ona daje możliwości! Dzięki niej autor bez problemu, nie klucząc, może nie zajmować danego stanowiska, np. w sprawie choroby psychicznej Zeldy (przecież jeśli ona pisze w dzienniku, to wiadome, że będzie się wypierała. A kto wie, czy ona czy może lekarz ma rację? Czytelnikowi się to podoba), obiektywnie spojrzeć i dać obiektywnie spojrzeć czytającemu.

Jednocześnie widzimy popadanie w jakieś dziwne nastroje miejscami. Tragizm przesadzony w niektórych fragmentach tak bardzo, że człowiek złośliwy z natury aż się krzywi i oczywiście w życiu nie uwierzy, w to, co autor chce mu wmówić.

Dalej mamy szkic, wokół którego tak krążę. Szkic ciekawy, rozbudzający apetyty i w dodatku potwierdzający teorię, że zwyczajną charakterystykę z wyższej półki i dobrze napisaną, można sprzedać oprawioną w okładki.

Tylko: charakterystykę można rozwinąć jeszcze trochę.
A nawet: trzeba. Bo jeszcze biedny czytelnik pomyśli sobie, że nie wiedziałeś dokładnie czego chcesz, autorze? Czy może zrobić z tego króciutkie opowiadanie, czy raczej pokusić się o powieść?
No i jeszcze jedno: trzeba uważać na posłowia, kochany autorze. Zdradzać wszystkie swoje zamierzenia, które miało się zamiar przekazać w książce? Ryzykowne. A jak coś nie wyszło, czegoś nie było, coś stworzyło się niezależnie od ciebie? Jeśli czytelnik zachwycił się tym, czego w ogóle miało nie być?

A jeśli czytelnik jeszcze nie zauważył, że ja jestem zamotana, to teraz jest miejsce, by zauważyć. Miło się czyta, poza paroma miejscami denerwującymi, w dodatku książka jest uczuciowa, a ja ostatnio się w takich lubuję, jednak jeszcze za dużo jej brakuje, by coś zdziałać w tym świecie. Nawet owa Zelda jako główna bohaterka nic tu nie da. Jednak przede wszystkim: to nieszczęsne posłowie! 



"Alabama song" G.Leroy, wyd.Czytelnik, 2013, tł.W.Gilewski

Zelda Fitzgerald
Ta Zelda to jednak straszna trzpiotka była... Bliższej znajomości wymaga zdecydowanie. Trzeba będzie zaopatrzyć się w lektury. Polecacie coś?

piątek, 27 września 2013

Ruda czarodziejka ("Agata z Placu Słonecznego. Przybycie Agaty" E.Karwan-Jastrzębska)

Pewnego dnia się pojawiła. Zupełnie niespodziewanie. Ruda, w różowym płaszczu, na rowerze obsypanym gwieździstym pyłem. Rodzice musieli wyjechać, więc potrzebowali jej. Niani, która da sobie radę z piątką niesfornych i inteligentnych dzieciaków. Wyjechali, a ona została, by nie tylko od czasu do czasu strofować podopiecznych, ale przede wszystkim wprowadzić ich w magiczny świat, który docenić umieją tylko najmłodsi.

Agata pojawia się i znika. Nie wiadomo, skąd pochodzi, kim jest, ale jednego możemy być pewni: wywróci życie rodzeństwa do góry nogami i nic już nie będzie takie samo...
Wywracając do góry nogami życie rodzeństwa, wywraca również nasze. W szare, ponure, przesiąknięte zaokiennym deszczem wprowadza przeróżne kolory, odcienie, wzory i faktury. 

Zapraszam…

…do świata, gdzie spotkamy wszystkie nasze dalekie  marzenia i wyobrażenia. Zaczerpnięte po trochu od mistrzyni Lindgren, u której również można spotkać ratowanie i malowanie odległego świata przez całkiem małe i jednocześnie całkiem wrażliwe dzieci, zaczerpniętych trochę od Alicji (w pierwszej fazie wtajemniczenia), z cytatami o wyobrażaniu sobie niemożliwych rzeczy tuż przed śniadaniem*, z zabraniem tego ciepła, dobroci, tęsknoty i wrażliwości, jaka cechuje wszystkie dobre książki dla dzieci na tym świecie.

… do świata, w którym główną rolę odegra ona. Tytułowa Agata, sympatyczna, przebojowa, tajemnicza, zdecydowana czarodziejka. Inspirowana Mary Poppins, od Mary Poppins troszkę się różniąca (na ile mogę oceniać Mary Poppins – ja, mająca niewielką wiedzę i niewiele wspomnień jej dotyczącej), choć również do złudzenia ją przypominająca. Dostosowana po prostu do naszych wymagających czasów.

… do świata, pełnego dzieci. Inteligentnych dzieci, niecierpiących niań, chorujących na zawołanie,
trzymających się razem, niepozbawionych uroku. Oczywiście, owym dzieciom można dużo zarzucić od strony realistycznej, bo Trojaczki są zdecydowanie wyrośnięte i za bardzo elokwentne jak na swój dość młody wiek (lat trzy), a Bliźniaki za spokojne jak na swoje dziewięć wiosen (choć jednocześnie przebiegłości mają tyle ile normalne, zdrowo chowane dziewięcioletnie pacholę). Jednak gdybyśmy patrzyli na to od strony realistycznej, z miejsca jesteśmy zgubieni, więc się strzeż, Czytelniku! Pamiętaj, że nie masz już tylu możliwości, iloma obdarowany został odbiorca z grupy docelowej (przedział 8-11, jak mniemam).

… do świata magii zostającej cały czas w sferze wyobraźni. Jako ten stojący na gorszej pozycji, bo pozbawionej (choć po części) dziecięcego idealizmu, czytelnik, aż uśmiechałam się, widząc kolejne sprytne zabiegi autorki. Gdybyśmy uparli się, by nie wierzyć w ten cudowny świat, niezdefiniowany (drugi, gdzieś poza naszym wymiarem, czy może ten nasz, tylko z baśniowymi efektami?), autorka zostawia nam wolną rękę: niania ucina wszelkie spekulacje, co to za przygody dzieci miały tamtej nocy, niewerbalnie, choć stanowczo zaprzecza, i podaje realistyczne wytłumaczenia, dlaczego też pojechała pod drzewo na Placu Słonecznym w środku deszczowej nocy (wierząc w tę ewentualność można narazić się na kpiące spojrzenia dzieci – że przez swoje ograniczenia nie widzimy tego, co oczywiste, choć magiczne).

…do świata stworzonego (prawie) idealnie. Język jest giętki, miły w słuchaniu, plastyczny, taki po którym na twarzy wypływa ten uśmiech. Stara, dobra szkoła literatury dziecięcej (prosto i kunsztownie zarazem), przyprawiona odrobinką współczesności. Czasem zdarzają się momenty za długie, jednak trudno nazwać je zapychaczami. Mogą być zauważone przez czytelnika, nie muszą.
Wydanie, choć na pierwszy rzut oka, nie było powalające, chwytające za serce, czy może też zapadające w pamięć, podczas lektury staje się nieodłączną częścią tej książki, zaczynamy doceniać jego kunszt i wyważenie. Chociaż okładka cały czas nie jest taka, na jaką zasługuje ta opowieść i na jaką zasługują Najmłodsi Czytelnicy.

… do świata pełnego wolnego pola, na którym może spokojnie przechadzać się wyobraźnia. Przyznam szczerze, zupełnie subiektywnie i nie za bardzo wyważenie - uwielbiam tę książkę!
Nie jest to literatura z najwyższej półki literatury dziecięcej, brakuje jej jeszcze jednego księżyca i czterech gwiazdek do najwyższego szczebla, a mimo wszystko jest to książka, która porusza wszystkie struny i zapadającą w sen moją wyobraźnię. Dziękuję pani za to, pani Ewo!

Jednak na nic zdają się tu moje komentarze i moje zachęty wobec jednego słowa, które po przeczytaniu kilku rozdziałów wypowiedział mój siedmioletni brat – fajne… Ja  mogę go tylko poprzeć, fajne. Szczególnie dla małych szkrabów. I dla tych, którzy czasem lubią uciekać do takiego świata.


"Agata z Placu Słonecznego. Przybycie Agaty" E.Karwan-Jastrzębska, wyd.Marginesy, 2012
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Marginesy.

sobota, 14 września 2013

Dwie dziewczynki w świecie samotności... (książki Romy Ligockiej)

Zawirowało w moim życiu, coś gdzieś zostało napełnione, gdzieś coś zostało wylane. Niektóre wydarzenia zaczęły blaknąć, schnąć, przestały nawet udawać, że cały czas żyją. Inne nabrały kolorów, jakby pociągnięte grubą, zdecydowaną kreską. Miejscami. Miejscami też wszystko zostało po staremu. Tylko z nowym spojrzeniem, nie, nie przez różowe okulary. Raczej takie butelkowo zielone. Nie optymizujące, nie pesymizujące.

Wszystko się stało za sprawą jednej pisarki. Roma Ligocka, nazwisko znane, chociaż nie sławne. Okropnie bestsellerowa Dziewczynka w czerwonym płaszczyku zawirowała mną, pokazała coś, coś uświadomiła, na coś uwrażliwiła. Zostawiła też coś. Tę siłę, która sprawia, że chcemy więcej. I to nie nachalnie, raczej w ten wysublimowany, groteskowo kulturalny sposób. Po prostu wiemy, że to teraz jest dla nas, że na nas czeka, że nam pomoże.

Czytałam więc kolejne książki pani Romy. "Kobieta w podróży", "Znajoma z lustra" - jakby frywolne, czasem zatykające dech w piersiach, ale cały czas lekkie, umiejętnie napisane felietony. Takie, by nadawać się do popularnej gazety. Jednocześnie takie, które po cichu, w lekkich słowach powiedzą to, co my kryjemy gdzieś głęboko, co chowamy, czego czasem nie jesteśmy świadomi. Były też te trudniejsze - "Dobre dziecko" i "Tylko ja sama". Napisane równie lekko, niosące jednak ogromny ładunek emocjonalny. Poruszające, traktujące po raz kolejny o dorastaniu z bagażem doświadczeń, rozwijające kolejne wątki, kiedyś już rozpoczęte.
„Nieprawda, że dojrzewanie, czas kiedy jest się młodym, ładnym i wesołym, to okres szczęśliwości”*

Ta książka… Te książki… Dwie ostatnie, przede wszystkim „Dobre dziecko”… Ta książka czasem boli, czasem wywołuje uśmiech, czasem przerażenie, często lawinę wspomnień i rozterki własne. A przede wszystkim tak dużo sympatii i zrozumienia. Bo pani Roma przeżywała to wszystko kiedyś, dawno. I do dziś w niej to żyje. A dziś ja tak dużo podobnego przeżywam…

Pani Romo, dziękuję. Wiem, że było trudno…

I za cholerę nie powiem, że to lista ulubionych. To po prostu lista potrzebnych bardzo. Dla wszystkich na tym samotnym świecie dorastania...

* * *
A teraz zbieram się, żeby nie było, że znowu strasznie uczuciowo. Tylko trudno tak, jeśli książkę postrzega się poprzez swoje życie swoje uczucia…

Dla niecierpliwych: literatura to dobra. Świetnie napisana, poprowadzona, z wstawką historyczną, z bohaterami z życia pożyczonymi, z pamiętnikiem żydowskiej matrony, taka, którą czyta się jednym tchem, mimo zimna, znużenia i niewygodnego krzesła.

I co najlepsze, nie to jest w niej najlepsze…

"Dobre dziecko" R.Ligocka, wyd.Literackie, 2012 oraz (w mniejszym stopniu) "Znajoma z lustra", "Kobieta w podróży", "Tylko ja sama"
Pamiętajcie jednak, zacznijcie od "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku"

*cytat z okładki

czwartek, 12 września 2013

Emocjonalne przywiązanie, fabularna klapa, czyli ludzie książki kochają. ("Zgoda na szczęście" A.Ficner-Ogonowska)

…z notatek czytelnika
W dodatku, z tych notatek głęboko w szufladach trzymanych, w których nie ma nic obiektywnego.

Z kontynuacjami zazwyczaj jest tak, że są albo coraz gorsze albo coraz lepsze. W przypadku książek pani Ficner-Ogonowskiej jest inaczej. Każdy tom różni się całkowicie od poprzedniego. Pierwsza część była długa, do czytania, delektowania się, słodzenia i zachwycania. Druga krótsza o połowę, z fabułą bardziej rozbudowaną, z bardziej odważnymi wyborami bohaterów. Trzecia nie za długa, nie za krótka. Nie za zdecydowana, nie za spokojna.

Hania (wreszcie!) pozbywa się większości swych lęków i jak napisano na okładce, decyduje się dzielić swe życie z Mikołajem. Jednak los nie zasypia, lubi się bawić w chowanego i podrzucać niemiłe wydarzenia do życiorysów. Tym razem uderzających nie bezpośrednio w dwójkę głównych bohaterów, ale we wszystkich ich bliskich.

A zwykły czytelnik, wcześniej przy każdym smutku sięgający do tego szaro-miodowego cieszy się, że znowu powrócą do niego dawni bohaterowie, może czasem przerysowani, ale mimo wszystko sympatyczni. Tacy, z którymi po prostu miło się przebywa. I którzy też mają źle na tym świecie. Więc można sobie czasem z nimi popłakać. Albo się pośmiać.

Tylko, że ich już nie ma. Nie ma przede wszystkim przeciwwagi dla wszystkich smutków tej książki, czyli Dominiki. Ulubiona bohaterka większości czytelników popada w dziwną depresję, z której pod koniec równie dziwnym trafem wychodzi (koniec serii, więc trzeba było wszystko z uśmiechem zakończyć). Ale przez całą książkę jest nieobecna. I to strasznie nie pasuje. A już Hanka starająca się zastąpić Dominikę była kompletną pomyłką. Zresztą, ona nie mogła zastąpić Dominiki, bo była tylko Hanką. I pomijając jedno zdanie w książce, w ogóle nie było widać, żeby ją zastępowała. Więc czujemy się troszkę samotni i zaskoczeni. Jakby do tego szaro-miodowego świata wkradło się za dużo obcych czerni. Nic miłego.


I druga, sztandarowa sprawa – nie dość, że Dominiki nie ma, to na bohaterów spadają w takim czasie i odstępie takie problemy, że nawet biedny czytelnik, któremu wydaje się, że ma najgorzej na świecie, zaczyna się łapać za głowę. W dodatku, wcale nie myśli Jacy oni biedni, jednak mają gorzej ode mnie…, tylko raczej Taaaak, jasne, a na koniec ich traktor przejedzie…(jeśli jest człowiekiem troszkę złośliwym).

Teraz spokojnie wychodzi, że niezbyt miło czytelnikowi poznawać kolejne perypetie bohaterów. Ależ nie! Miło, tylko jakby troszkę już nudno… Szczególnie, że w ostatniej części bohaterowie nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Iść tu czy tam. Załamywać się, czy cieszyć. Rozdrapywać kolejne rany z przeszłości, czy może się z nimi godzić… Atuty poprzednich części, których nigdy dużo nie było, zostały gdzieś schowane bądź zniszczone. Ale wiecie jak to jest. Cały czas, w głębi serca lubimy bohaterów, więc ostatecznie się i z tym się godzimy.

Przyjaciół przecież się nie opuszcza ot tak.
Ostatecznie można dla pocieszenia wrócić sobie do dwóch poprzednich części.

"Zgoda na szczęście" A.Ficner-Ogonowska, wyd.Znak, 2013