Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 czerwca 2014

Ukochany film.

Trudno zabrać mi ułożyć słowa, dopasować jedno do drugiego i jeszcze być z tego zadowolonym. Może przede wszystkim dlatego, że film, o którym chciałabym opowiedzieć jest złożony z obrazów. Nie ma tam za wiele dialogów, wszystko rozgrywa się na poziomie gestów, krajobrazów, spojrzeń. I taki też chyba będzie ten post.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Sobotnie zestawienie ulubionych filmów, czyli kto nie lubi Johnny'ego Deppa?


Od jakiegoś czasu z mniejszą lub większą regularnością prowadzę sobie konto na filmwebie. Bez zbędnych refleksji rozdaję na prawo i lewo gwiazdki filmowe, dołączam największe szmiry do ulubionych, by za tydzień zmienić zdanie. Dlatego też z zaskoczeniem ostatnio zauważyłam jedno - obejrzałam połowę filmów z Johnnym Deppem. Bez specjalnych planów i innych zestawień, po prostu. Po części dlatego, że lubię Burtona i Burtona oglądam. Po części dlatego, że lubię Piratów z Karaibów. Jednak mimo wszystko, połowa to bardzo dużo.

środa, 11 czerwca 2014

O szkorbucie, przestępcach i modzie.


Nie tak dawno posypały się życzenia, skończyłam chwalebne siedemnaście lat. Wiek jeszcze podlotkowaty, jednak dojrzałości przydałoby się nabrać. Pomijając wszelkie zabawy w kałużach czy bieganie na boso po ulicy które ukrócić by się przydało, potrzebna była zmiana w wyglądzie - koniec z fryzurą, którą można jedynie nazwać brakiem fryzury, koniec z wybieraniem przypadkowych ubrań z na wpół zamkniętymi oczami, koniec ze spóźnianiem się gdzie popadnie. Gracja, szyk, elegancja i tajemniczość.

piątek, 6 czerwca 2014

Letnie wspomnienie


Z Bergmanem jest tak, że wszystko już o nim powiedziano, tysiące słów wirują wokół jego nazwiska w poważnych książkach, długie teksty piętrzą się na profesorskich katedrach. Szwedzki reżyser urósł do rangi  geniusza kina, jego filmy są tymi trudnymi, poważnymi, które wymagają skupienia, ciszy. Znawcom wstyd nie znać, laikom strach oglądać. Tysiące mitów, interpretacji i wymagań... kto chce sprawdzać, czy przypadkiem nie jest za głupi na oglądanie takiego kina?

sobota, 23 listopada 2013

Mówi się: Chwieje się pokład, ale cały czas trzyma, czyli o Igrzyskach Śmierci II

Powinno zaczynać się tak - bardzo lubię tę trylogię. Trudno być bezkrytycznym w stosunku do niej, jednak podoba mi się nastrój i komentarze jakie wywołała, podoba mi się próba (nie zawsze udana) przekazania pewnych zasad, troszkę toporne nawiązanie do klasyków (Orwell!) i czerpanie z przeszłości, by przenieść coś w przyszłość. Ale przejdźmy do filmu.

Katniss i Peeta po zwycięstwie w ostatnich igrzyskach muszą odbyć obowiązkowe turnee po dystryktach. Katniss się troszkę rzuca... zresztą, omińmy zbędny fragment - czytaliście książkę, prawda? Jeśli znacie tylko pierwszą część, to jesteście na pozycji uprzywilejowanej, będzie niespodzianka, która znacząco wpłynie na poziom zainteresowania. Jeśli znacie całą trylogię, to nic dodawać nie trzeba. Jeśli (jakimś dziwnym trafem) nie słyszeliście jeszcze o tej historii - osobiście polecam chronologicznie się zapoznawać. I przede wszystkim, przestać czytać, bo posty z serii Mówi się, są zazwyczaj najbardziej emocjonalnymi, w trakcie których staram się przekrzyczeć tłum.

wtorek, 19 listopada 2013

Van Gogh i Doctor, czyli popkulturalne zabawy.

Dzieła i artyści żyją tylko wtedy, gdy się o nich mówi, pisze, odnajduje, odczuwa. Inaczej zaczynają powoli zanikać, leżące w piwnicach, wiszące (a nie zauważane) na ścianach. Van Gogh cały czas żyje. W naszych głowach, obrazach, listach. Nie jest zamknięty jedynie w czterech ścianach muzeum. Znany na cały świat, ostatnio nawet jakby bardziej...


Miejsce w popkulturze van Goghowi o ile nie zapewnił, to chociaż umocnił, nikt inny jak tylko Doctor Who. Bohater najbardziej brytyjskiego serialu w historii (przynajmniej w moich oczach) pojawia się w pięknej Francji, na niespełna rok przed samobójstwem artysty. Cel jest oczywiście jeden - ratowanie świata.

Wszystko za sprawą zarysu potwora uwiecznionego na obrazie "Kościół w Auveres"  zauważonego przez Doctora. TARDIS i w drogę. Odszukać Vincenta, zlokalizować Krafayisa i dowiedzieć się coś więcej. Słowem, cała zabawa znowu się zaczyna. Jednak, w jakiej scenerii! Najpierw ulubiona kawiarenka, potem  "Żółty Dom", wreszcie wspomniany Kościół. Nic, tylko cieszyć oczy. I oczywiście wypatrywać Vincenta.

Van Gogh przedstawiony jako geniusz z zaburzeniami psychicznymi, nie odbiega wiele od utartego obrazu artysty. Oczywiście, niektóre cechy to jedynie nasze wyobrażenia, za mało wiemy o człowieku, by być pewnym niektórych zachowań. Dlatego też, jeśli jakieś sceny, słowa, czyny nie pokrywają się z tym, co wyobraziliśmy sobie - traktujemy to raczej jako dodatek do naszych myśli i obrazów przechowywanych gdzieś głęboko. Samorzutnie Vincent ożywa na naszych oczach, widać wielką wrażliwość, geniusz i ogarniającą go ze wszystkich stron depresję, pozwalającą jednocześnie uśmiechać się czy żartować. A jednocześnie wiemy, że ten serial, ten odcinek to cały czas przede wszystkim Doctor Who, więc postać van Gogha bez problemu traktujemy z przymrużeniem oka i podoba nam się to.

Za artystą idą też jego obrazy. I wielka radość oglądającego (moja). Wchodzicie do domu jednego z ukochanych malarzy, oglądacie płótna zgromadzone na małej przestrzeni, ich barwy, piękno - wszystko aż przytłacza. No i kościół od którego wszystko zaczęło się  - nie jest to jeden z moich ulubionych obrazów, jednak długi czas wpatrywałam się w niego, pamiętam, gdy pierwszy raz go zobaczyłam - razem z koleżanką siedziałyśmy i zauważałyśmy nowe szczegóły, rozmawiałyśmy, dorabiałyśmy do niego historię. Dlatego też, chyba najmniejsze zdziwienie - że to właśnie od tego obrazu wszystko się zaczęło w serialu. On po prostu porusza wyobraźnię.
Oczywiście, da się dojrzeć wiele nieścisłości - w rzeczywistości kawiarenka i kościół leżą w dwóch zupełnie innych krańcach Francji, jednak wiadomo, co serial, to serial. No i wreszcie ktoś kompetentny (czyt. van Gogh) wypowiedział się na temat Słoneczników - wielka radość, też nigdy ich nie lubiłam i nie mogłam zrozumieć zachwytu. Dla mnie jeden z bardziej obojętnych obrazów w dorobku Vincenta. Dla tych słów wybaczyć można wszystko.


Wiem, że powinno być jeszcze jakieś odniesienie do Doctora, jednak niestety jestem chyba najmniej kompetentną osobą, która mogłaby o nim mówić. Za mną kilka odcinków (na przestrzeni kilku lat), w dodatku dopiero ten wywołał prawdziwą radość.

Ale za to, jak odnalazł się van Gogh w naszych czasach?
O ile obrazy Vincenta same w sobie wywołują wiele uczuć, w kolorowych krajobrazach, w butach, w górnikach odbija się tak wiele, to wszelkie nawiązania do Doctora wywołują jedynie uśmiech wraz z łezką wzruszenia. I nawet za cenę znalezienia się na koszulkach, kolczykach czy innych skarpetkach, można się cieszyć, że jakiś odsetek zainteresował się, a przede wszystkim, odczuł bardziej.

Tak na koniec, by podsumować:
Miejsce w kulturze popularnej jest, a ja już do końca życia będę pamiętała jak Vincent opowiadał i widział naturę. Moja ulubiona nocna scena (no, oczywiście poza wzruszającą w muzeum). Poza tym, van Gogh i TARDIS (tak, Doctor mi obojętny, jednak TARDIS uwielbiam) to niezapomniany widok.

Witamy na dobre w XXI wieku, panie Vincencie!

czwartek, 17 października 2013

Holmes, w którym mało Holmesa.

...czyli zaczynanie od końca nie jest złe.

Zapewne każdy jest świadom, że Sherlock Holmes, postać kultowa, otoczona czcią przez wszystkich fanów literatury (nie tylko wiktoriańskiej) w odróżnieniu od innych postaci z tego okresu, wręcz cudownie znalazła się w nowej rzeczywistości albo też tę rzeczywistość wręcz tworzy.

Sherlock Holmes - wielki detektyw.
Z taką informacją w głowie człowiek się po prostu rodzi. To jest zapisane w nas i nie ma co z tym walczyć. Można tylko obserwować jakie miejsce znalazł on sobie w popkulturze i jak inspiruje kolejnych twórców. Pomijając wyświechtanego dr House'a (tak, kochamy go wszyscy, jednak kolejne porównywanie go z Holmesem staje się po prostu nudne), wszelakich detektywów Monków i mu podobnych, skupmy się na dziesiątkach wiernych ekranizacji*.
Było ich wiele, ostatnio pojawiły się trzy głośniejsze: Sherlock Holmes z Iron Manem w roli głównej, Sherlock rodem z BBC i Elementary.

A że na jesień to tylko kryminały, dziś będzie o Elementary.


Amerykański serial wywołał prawdziwą wrzawę na blogach, których autorzy znają dwa razy więcej angielskich seriali niż przeciętny Anglik, umieją zauważać niuanse, których zwykły człowiek nie zauważa. No i najważniejsze: owi autorzy wręcz wielbią Sherlocka BBC (kto nie wielbi?). Niemiłosiernie wytknęli wszystkie błędy produkcji nowatorskiej, a mimo wszystko strasznie sztampowej.
Wbrew pozorom, większość bloggerów aż tak tematem nie zainteresowanych, bądź też po prostu nie cytująca z pamięci różnych partii dialogowych, z różnych angielskich seriali, z aprobatą przyjęła pojawienie się na rynku nowego Sherlocka. Albo przeżyli szok (względnie dwa), i jeszcze w nim (nich) trwają.

Pierwszy szok dotyczył głównej zmiany w fabule - John Watson przemienił się w Joan Watson. Dużo było spekulacji, czy to może zmiana na lepsze, czy raczej nie. Trudno to określić, trzeba natomiast przyznać, że Liu świetnie wczuła się w rolę jej daną. Problemem może być jedynie fakt, jaką rolę jej dano. Joan jest towarzyszem trzeźwości i hojnie opłacana przez ojca Sherlocka Holmesa, żyje ze swoim pacjentem prowadzając go od czasu do czasu na spotkania grup. I to jeszcze nie problem, doszłam do wniosku, że nawet to dobrze rozwiązane zadanie (niestety, taki towarzysz w pewnej chwili musi odejść - beznadziejne wytłumaczenie i zastąpienie w połowie sezonu...), jednak Watson już w pierwszym odcinku wydaje się miejscami mądrzejsza od Holmesa. A do tego nigdy nie powinno się dopuścić!

Sam Holmes to były ćpun, z mroczną przeszłością (chodzi mi tu przede wszystkim o Adler), oczywiście wariat, geniusz i człowiek aspołeczny. Pszczoły i skrzypce - miłe nawiązanie do oryginału, straszna uczuciowość czy może coś na jej kształt, uzależnienie psujące niektóre sceny - najsłabsza część tego filmu. Niestety, główny bohater to jednocześnie najbardziej niedopracowany bohater w tym gronie.

Zagadki kryminalne - poziom marny, trudno doszukać się powiązań z pierwowzorem. W dodatku, z serialu kryminalnego, robi nam się typowy serial kryminalno-obyczajowy. Morderstwa i inne takie ciągle przeplatają się z problemami Sherlocka, który wbrew pozorom nie żyje tylko pracą - nie żyje w ogóle pracą, to jego ucieczka przed przeszłością.

Układ sił jednak nie zmienia się nigdy - on myśli, ona "pomaga"
Z tego wszystkiego wyłania się obraz czegoś zupełnie nie podobnego do Sherlocka, a jednak nie dość że wytrwałam przez cały sezon, to w dodatku całkiem mi się podobało! Bo mimo wszystko, gdy czekamy na kolejne odcinki Sherlocka BBC, miło zobaczyć kogoś choć trochę do niego podobnego. Ale, jeszcze chwile, czyli o wbrew pozorom najważniejszym w Elementary:

Mimo, że dużo z pierwowzorem wspólnego odcinki nie mają, to poza Sherlockiem i Watson, punkty wiążące muszą być. W tym przypadku Irene Adler i Moriarty. Z tą pierwszą zawsze jest problem. U Doyle'a postaci kobiecych za wiele nie było, a Adler to dosłownie jedyny punkt zaczepienia u reżyserów. I dlatego wręcz głupieją, gdy muszą gdzieś ją wcisnąć. W Elementary zostało to rozwiązane całkowicie inaczej niż w pozostałych produkcjach, czego przypieczętowaniem jest podwójny odcinek finałowy. I Moriarty w całej swojej okazałości, też dopiero tam dopiero się pokazuje.
Najmocniejszy punkt tego serialu, najbardziej nowatorski, chociaż przyznam, nie jestem pewna, że mi się spodobał. Do połowy, kiedy to wszystko się wyjaśniło, najzwyczajniej w świecie mnie denerwował. A potem... Na pewno było lepiej...

Jednak piszę, zarzucam, a tak jak wspominałam już wyżej, sam serial  polubiłam. Nie zaprzeczam, że może z braku odcinków Sherlocka (ileee można czekać...), przywiązania do samego bohatera (bo gdy znacie imię i choć trochę czytaliście, to od razu wchodzicie w serial, jakbyście odwiedzali dobrego znajomego, prawda?), no i z wariatem zawsze miło po przebywać (wbrew pozorom, Luther wypada gorzej w rankingu od Elementary). Co niestety nie znaczy, że jest to serial bardzo dobry. Gdyby nie fakt, że ma Sherlocka Holmesa, utonął by w przeciętności...

Poza tym, niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają:



*Pod hasłem wierna ekranizacja rozumiem - ekranizacja, której główny bohater nazywa się Sherlock Holmes, a towarzyszy mu J.Watson.

wtorek, 17 września 2013

Nie lubię chodzić do kina


Nie lubię chodzić do kina. Nie dość, że do najbliższego na poziomie (czyli z nowościami granymi w normalnym czasie) jest 30 km, to jeszcze dobieranie transportu, osób, którym film się spodoba! Zachodu dużo, a potem jednak okazuje się, że nie było to warte i czasu i pieniędzy. Jednak czasem warto się postarać, warto wszystko zaplanować, dla tych ulubionych - ekranizacji książkowych. Na jesień zaplanowanych jest ich kilka, dla każdego przynajmniej jedna powinna się okazać tą obowiązkową...

"Carrie" na podstawie powieści Stephana Kinga.
Premiera: 18 października 2013

Nastolatka Carrie White wychowywana jest przez samotną matkę, fanatyczkę religijną. Nie przysparza jej to popularności w szkole, gdzie czuje się samotna. Jest w niej jednak coś bardzo wyjątkowego. Prześladujący ją rówieśnicy poznają sekret Carrie w dniu balu maturalnego, kiedy dziewczyna ujawni swoje moce telekinetyczne i wykorzysta je, aby wyrównać rachunki...

Osobiście: boję się jak nie wiem tego filmu, tej książki i zapewne nawet w jego stronę nie spojrzę. Ale fanów kina (okazja do porównań z poprzednimi ekranizacjami i zlinczowanie Chole, że minę ma tylko jedną) i przede wszystkim fanów Kinga zapewne namawiać nie będzie trzeba.





"W pierścieniu ognia" na podstawie powieści Suzanne Collins.
Premiera: 22 listopada 2013

Druga część ekranizacji bestsellerowej trylogii autorstwa amerykańskiej pisarki Suzanne Collins. Po zwycięstwie siedemdziesiątej-czwartej edycji głodowych igrzysk Katniss Everdeen (Jennifer Lawrence) i Peeta Mellark (Josh Hutcherson) muszą odbyć obowiązkowe Tournee Zwycięzców. Podróż ta uświadamia im, że ludzie mieszkający w dystryktach są skłonni zbuntować się przeciwko okrucieństwu władzy. 

Osobiście: wiadomo, że pójdę i że wiele wymagać nie będę. Podobnie jak w przypadku książki, będę się jedynie dobrze bawić. Poza tym, muszę zobaczyć Finnicka (ukochana postać z książki), którego roli (jeśli ktoś jeszcze nie wie) nie dostał Robert Pattison, mimo, że się starał... Zamiast Edwarda dostaniemy duchownego z czwartej części Piratów (tego od syreny). Poza tym, będziemy też mieli Hoffmana ("Capote" 2005, pamiętacie?), nowego reżysera i utwór Coldplay nagrany specjalnie na tę okazję. Słowem trzeba będzie sobie przypomnieć książkę i ruszać do kina.




"Hobbit: Pustkowie Smauga" na podstawie powieści J.R.R.Tolkiena
Premiera: 27 grudnia 2013

Po przejściu przez Góry Mgliste, pokonaniu króla goblinów i ucieczce przed wargami, Bilbo Baggins (Martin Freeman), Gandalf Szary (Ian McKellen) oraz kompania trzynastu krasnoludów na czele z Thorinem Dębową Tarczą (Richard Armitage) wyruszają w dalszą drogę ku Samotnej Górze. Wspólnie kontynuują niezwykłą podróż, odwiedzają dom Beorna (Mikael Persbrandt), przemierzają Mroczną Puszczę, a za pomocą beczek udaje się im uwolnić z elfiej niewoli. Docierają do Esgaroth, a stąd już niedaleko do Ereboru, gdzie wewnątrz krasnoludzkiej twierdzy budzi się ze snu największy smok tych czasów, Smaug (Benedict Cumberbatch).

Osobiście: może wreszcie przed obejrzeniem zmobilizuję się i przeczytam wreszcie książkę... Poza tym, chociaż jak większość dziwię się aż trzem częściom Hobbita, to jednocześnie cieszę się, że aż tyle ich jest, i że będzie znowu Legolas, i jeszcze elfkę dorobili... Tylko czy to przypadkiem nie wyjdzie na złe filmowi? Zobaczymy. Pierwsza część była dobra. Miejmy nadzieję, że poziom jeszcze się podniesie...




* * *

15 listopada w kinach szeroko pojętego świata ukaże się również bestsellerowa "Złodziejka książek" Marka Zusaka, jednak niestety na razie nie wiadomo co z kinami polskimi. Zostaje nam oglądać do znudzenia trailer i wypatrywać wiadomości. Bo jeśli jednak będzie, to zdecydowanie będzie to najważniejsza premiera tego roku.