wtorek, 19 listopada 2013

Van Gogh i Doctor, czyli popkulturalne zabawy.

Dzieła i artyści żyją tylko wtedy, gdy się o nich mówi, pisze, odnajduje, odczuwa. Inaczej zaczynają powoli zanikać, leżące w piwnicach, wiszące (a nie zauważane) na ścianach. Van Gogh cały czas żyje. W naszych głowach, obrazach, listach. Nie jest zamknięty jedynie w czterech ścianach muzeum. Znany na cały świat, ostatnio nawet jakby bardziej...


Miejsce w popkulturze van Goghowi o ile nie zapewnił, to chociaż umocnił, nikt inny jak tylko Doctor Who. Bohater najbardziej brytyjskiego serialu w historii (przynajmniej w moich oczach) pojawia się w pięknej Francji, na niespełna rok przed samobójstwem artysty. Cel jest oczywiście jeden - ratowanie świata.

Wszystko za sprawą zarysu potwora uwiecznionego na obrazie "Kościół w Auveres"  zauważonego przez Doctora. TARDIS i w drogę. Odszukać Vincenta, zlokalizować Krafayisa i dowiedzieć się coś więcej. Słowem, cała zabawa znowu się zaczyna. Jednak, w jakiej scenerii! Najpierw ulubiona kawiarenka, potem  "Żółty Dom", wreszcie wspomniany Kościół. Nic, tylko cieszyć oczy. I oczywiście wypatrywać Vincenta.

Van Gogh przedstawiony jako geniusz z zaburzeniami psychicznymi, nie odbiega wiele od utartego obrazu artysty. Oczywiście, niektóre cechy to jedynie nasze wyobrażenia, za mało wiemy o człowieku, by być pewnym niektórych zachowań. Dlatego też, jeśli jakieś sceny, słowa, czyny nie pokrywają się z tym, co wyobraziliśmy sobie - traktujemy to raczej jako dodatek do naszych myśli i obrazów przechowywanych gdzieś głęboko. Samorzutnie Vincent ożywa na naszych oczach, widać wielką wrażliwość, geniusz i ogarniającą go ze wszystkich stron depresję, pozwalającą jednocześnie uśmiechać się czy żartować. A jednocześnie wiemy, że ten serial, ten odcinek to cały czas przede wszystkim Doctor Who, więc postać van Gogha bez problemu traktujemy z przymrużeniem oka i podoba nam się to.

Za artystą idą też jego obrazy. I wielka radość oglądającego (moja). Wchodzicie do domu jednego z ukochanych malarzy, oglądacie płótna zgromadzone na małej przestrzeni, ich barwy, piękno - wszystko aż przytłacza. No i kościół od którego wszystko zaczęło się  - nie jest to jeden z moich ulubionych obrazów, jednak długi czas wpatrywałam się w niego, pamiętam, gdy pierwszy raz go zobaczyłam - razem z koleżanką siedziałyśmy i zauważałyśmy nowe szczegóły, rozmawiałyśmy, dorabiałyśmy do niego historię. Dlatego też, chyba najmniejsze zdziwienie - że to właśnie od tego obrazu wszystko się zaczęło w serialu. On po prostu porusza wyobraźnię.
Oczywiście, da się dojrzeć wiele nieścisłości - w rzeczywistości kawiarenka i kościół leżą w dwóch zupełnie innych krańcach Francji, jednak wiadomo, co serial, to serial. No i wreszcie ktoś kompetentny (czyt. van Gogh) wypowiedział się na temat Słoneczników - wielka radość, też nigdy ich nie lubiłam i nie mogłam zrozumieć zachwytu. Dla mnie jeden z bardziej obojętnych obrazów w dorobku Vincenta. Dla tych słów wybaczyć można wszystko.


Wiem, że powinno być jeszcze jakieś odniesienie do Doctora, jednak niestety jestem chyba najmniej kompetentną osobą, która mogłaby o nim mówić. Za mną kilka odcinków (na przestrzeni kilku lat), w dodatku dopiero ten wywołał prawdziwą radość.

Ale za to, jak odnalazł się van Gogh w naszych czasach?
O ile obrazy Vincenta same w sobie wywołują wiele uczuć, w kolorowych krajobrazach, w butach, w górnikach odbija się tak wiele, to wszelkie nawiązania do Doctora wywołują jedynie uśmiech wraz z łezką wzruszenia. I nawet za cenę znalezienia się na koszulkach, kolczykach czy innych skarpetkach, można się cieszyć, że jakiś odsetek zainteresował się, a przede wszystkim, odczuł bardziej.

Tak na koniec, by podsumować:
Miejsce w kulturze popularnej jest, a ja już do końca życia będę pamiętała jak Vincent opowiadał i widział naturę. Moja ulubiona nocna scena (no, oczywiście poza wzruszającą w muzeum). Poza tym, van Gogh i TARDIS (tak, Doctor mi obojętny, jednak TARDIS uwielbiam) to niezapomniany widok.

Witamy na dobre w XXI wieku, panie Vincencie!

11 komentarzy:

  1. Nie zdziwiłabym się, gdybym przez Doctora Who zawaliła szkołę - oglądam praktycznie cały czas, gdy jestem w domu, kilka odcinków na dzień. Efekty już widać - dzisiaj wstałam o tej godzinie, o której powinnam wychodzić do szkoły (czyli mój poranek był bardzo zabawny, M. miała wściekłość w oczach :)).
    A odcinek o Vincencie... Na razie zdecydowanie ulubiony, mimo że sam Vincent nie fascynował mnie jakoś szczególnie (mimo tego, że cały czas jestem pod wrażeniem jego malarstwa). Uwielbiam i nocną scenę, i tę muzealną, i w TARDIS, i objawy depresji, uwielbiam każdą sekundę tego odcinka. I nie rozumiem, jak Doctor może być ci obojętny - jego też uwielbiam.
    I Twój tekst też lubię. Nawet bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, nie przepadam za Doctorem. Może raczej tak, nie mam jakiejś słabości do ratujących świat. Inne Supermany też mnie nigdy nie wciągnęły na zawsze, chociaż często sobie z Młodym urządzamy jakieś seanse filmowe, w których rządzi jak nie Iron Man to X-Meni :D Ale to oczywiście jedynie fazami... Zdecydowanie lepiej czuję się w innych klimatach, może dlatego nie mam aktualnie jakiego serialu oglądać :p
      A sam Vincent... to zawsze zaczyna się od malarstwa, bo od czego innego mogłoby?

      Usuń
    2. Ale on tak ładnie ratuje ten świat! I jest dobry. I ta brytyjskość tego serialu jest cudowna. I nawet te wszystkie głupie stworki są fajne. I to, że się czasami boję też jest fajne.
      Za to za tymi wszystkimi superbohaterami też nie przepadam, Iron Man, X-Meni, Avengersi, nieee. W. kiedyś mi przez cały dzień gadał, bym z nim obejrzała Spidermana - bez skutku. (Jedynie Thora lubię, ale to dlatego, że razem z M. rozpływamy się nad Lokim).
      A Doctora Who zawsze uważałam za głupotę. Dopóki się nie wciągnęłam :P

      Usuń
    3. Z dwojga złego (czy też dobrego ;-)) wolę jednak Avengersów. Loki fajniusi, też lubię. A Doctor Who taki troszkę nudny, niestety... Nigdy się nie wciągnęłam, chociaż kilku Doctorów widziałam. Słowem - nie dla mnie, przynajmniej na razie...

      Usuń
    4. Nudny? Tak jak napisałaś - chwilami. I mimo to oglądam bez przerwy i w napięciu. I strasznie lubię klimat Doctora. Słowem: znalazłam drugi serial, który mi baaardzo odpowiada (choć Sherlocka lubię jeszcze bardziej). Ale wiadomo - nie każdy lubi to samo. Ja sama byłam mile zaskoczona Doctorem, bo przecież nie lubię sci-fi i ufoludków. (Chociaż ostatnio jakby bardziej się przekonuję, mój ostatni seans filmowy to druga część Star Treka - bynajmniej nie dla samego filmu :D).

      Usuń
    5. No niestety, z Sherlockiem nic się nie może równać (szczególnie pod względem ilości odcinków :p), więc czekam, aż coś mnie zaskoczy strasznie pozytywnie. A na razie będę sobie skakała po pojedynczych odcinkach przeróżnych seriali...

      Usuń
    6. Ale ta ilość odcinków jest w pewnym sensie dobra, w pewnym momencie uświadamiasz sobie, że znasz większość dialogów na pamięć :P Gdyby było ich więcej, mniej prawdopodobne byłoby oglądanie ich w kółko.
      I ja za bardzo nie lubię skakać, jednak samo włączenie serialu to duży wysiłek (dlatego ciągle nie mogę się zabrać za choćby Downtown Abbey).

      Usuń
    7. Ależ ja nie mówię, że nie :p
      U mnie podobnie z tym, Downtown Abbey nie włączyłam, Mad Men czy GoT również. Ale po serialach kostiumowych i ich trailerach można skakać do woli. No i filmy... ;-)

      Usuń
  2. Trzeba kiedyś spróbować Doctora, bo pojawia się i znika, a ja wciąż nie wiem, czy dobrze, czy źle :-)
    Próbowałam się dopatrzyć potwora na obrazie ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, niektórym się podoba. Co do potwora (niestety, nie znalazł się w poście), zapraszam tutaj:
      http://www.geeknative.com/wp-content/uploads/2010/06/auvers-monster.jpg

      Usuń
  3. A znasz może piosenkę Dona McLeana "Vincent"? Cudowna
    https://www.youtube.com/watch?v=oxHnRfhDmrk

    OdpowiedzUsuń