Od jakiegoś czasu z mniejszą lub większą regularnością prowadzę sobie konto na filmwebie. Bez zbędnych refleksji rozdaję na prawo i lewo gwiazdki filmowe, dołączam największe szmiry do ulubionych, by za tydzień zmienić zdanie. Dlatego też z zaskoczeniem ostatnio zauważyłam jedno - obejrzałam połowę filmów z Johnnym Deppem. Bez specjalnych planów i innych zestawień, po prostu. Po części dlatego, że lubię Burtona i Burtona oglądam. Po części dlatego, że lubię Piratów z Karaibów. Jednak mimo wszystko, połowa to bardzo dużo.
I choć zaraz narodził się szalony pomysł, by obejrzeć wszystkie, co oczywiście jest jednocześnie w moim przypadku głupim pomysłem, bo filmy oglądane dobieram na zasadzie chwili, to jednak muszę tego aktora lubić, jeśli przypadkowo tyle filmów wpadło.
O tym też będzie dzisiaj. Zdaję sobie sprawę, że w opinii publicznej Johnny już dawno został spisany na straty i powoli zaczyna dążyć ku schyłkowi, poza tym, ostatnio modne jest krytykowanie i nie lubienie owego aktora. W dodatku nawet mogłaby pojawić się myśl, że tutaj właśnie, w tym złocistym, zakurzonym zakątku wręcz niestosownym jest pokazywać kogoś tak popularnego i niepasującego. Ale to ostatnie niepokoi mnie tylko po części - jako jedynie zwykły oglądacz i przeżuwacz, liczę że miłośnicy kina nie napadną na mnie, gdy będę sobie snuła wynurzenia dotyczące tego, co mnie powinno nie dotyczyć.
Bo wiecie, ja lubię Johnny'ego Deppa. I to jest miłość za coś. A dziś w związku z tą miłością, będzie trochę słów.
1. Za minę podczas uciekania przed ludojadami.
"Piraci z Karaibów" to może nie jest arcydzieło, lecz nikt nigdy nie wątpił, że to jeden z większych sukcesów i milszych filmów w ogóle. Zabawny (szczególnie dwie pierwsze części), który gdy ogląda się raz po raz nie nudzi się, można długo rozmawiać o najśmieszniejszych scenach, o tym, co stanie się w kolejnej części (jeśli scenarzyści pomysłu nie mają, to razem z koleżanką kiedyś takowy stworzyłyśmy - możemy pożyczyć). Aktorzy dobrani są wspaniale - nie tylko Depp, ale i cała reszta. Takie kino rozrywkowe wysokiej próby posypane szczyptą oryginalności. I choć wiadomo, Keira, Geoffrey, Orlando... jednak to Depp robi tu razem z tematyką piracką dużą różnicę. I choć trudno mi się zgodzić z opinią znajomej, która twierdzi, że to najlepsza rola Deppa, czasem można się złapać na myślach, że to może być prawda...
2. Za namiastkę kina niemego.
"Benny i Joon" to zdecydowanie mój ukochany film z Johnnym Deppem. Nie najlepszy, nie najzabawniejszy czy najbardziej wzruszający. To po prostu jeden z tych ciepłych filmów w którym jest trochę smutku, trochę radość a wszystko spokojnie przeplata się, wypełnione małymi, wydawać by się mogło nic nie znaczącym szczegółami, które kradną nasze serce. A Johnny tam? Johnny sobie gra oczywiście dziwaka (choć nie jedynego w tym filmie), który też pokazuje nam kilka sztuczek rodem z filmów Bustera Keatona.
3. Za najbardziej baśniową postać.
Koniec moich ukochanych filmów z tym aktorem, te trzy są zdecydowanie najczęściej oglądanymi i uwielbianymi, lecz z tych, które lubię bardziej niż normalnie, są:
4. Czekolada...
...za historię spokojną, klimatyczną, słodką i spokojną. No i dla Johnny'ego z gitarą. W jednej z tych normalnych ról, w której mu do twarzy.
5. Arizona Dream...
...za wszelkie postacie, niezrozumienia, samotności, niewypowiedziane i wykrzyczane słowa. Może czasem to film, który denerwuje, który dziwi, który zaskakuje, lecz jest to jednak film, który lubię, oglądam, wracam i nucę przy nim.
A cały wpis w ramach sobotniego gadania. Stworzony został w sobotę, rankiem, w nastroju sobotnim. Tylko w sobotę czasu nie było. Więc wpis jest teraz.





A ja go uwielbiam jako Kapelusznika. Fajny jest, trzeba mu to przyznać :)
OdpowiedzUsuńJuż gdzieś pisałam - może i fajny jako Kapelusznik, jednak sam film... Nie aż tak lubiany, jak te pięć. Chociaż oglądałam ze trzy razy ;)
UsuńEdward Nożycoręki - super :)
OdpowiedzUsuńOstatnio obejrzałam "Alicję w Krainie Czarów". Byłam nastawiona sceptycznie do tego filmu, ale film - o dziwo - spodobał mi się.
Takie zaskoczenia chyba są najprzyjemniejsze :)
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńHa!, a no właśnie ja nie lubię Deppa... ;-)
UsuńBardzo, bardzo, bardzo nie lubię kiedy ktoś wyklucza jakiegoś aktora ze względu na jego popularność i ocenia go w dużej mierze opierając się właśnie na ten aspekt. Ja Deppa bardzo lubię i szanuję za genialną grę aktorską i urok osobisty. Za to co pokazuje na ekranie. Jeśli oglądałam film z nim w obojętnie w jakiej roli i naprawdę spodobał mi się, to dlaczego mam go nie lubić? Mam na siłę szukać kogoś, kogo nikt nie zna, by tylko pokazać coś nowego? To wydaję mi się jeszcze głupsze. Cieszę się, że mimo wszystko dodałaś post o tym aktorze. Podzielam twoje zdanie, jednak większość filmów z nim w roli głównej jeszcze nie została obejrzana. Tymczasem powrócę sobie do Piratów z Karaibów :)
OdpowiedzUsuńCóż, każdy ma swoje preferencje i przecież też nie wszyscy nie lubią Deppa, bo jest aktorem popularnym. A w ogóle, wydaje mi się, że ta fala "jak ja nie lubię Deppa" nie ma wielkiego związku z tym, że Johnny jest aż tak popularny. To jedynie część całego obrazu, w którego skład wchodzi jeszcze ogólny dobór ról i cały ten wizerunek jaki kreują media.
UsuńPrzecież na przykład taki oto Leo DiCaprio również jest popularny, a nie ma aż takie wielkiej liczby osób krzyczącej, że on umie grać i najlepiej bojkotować filmy z jego udziałem. Jak umie grać udowodnił już w "Co gryzie...", a Johnny'emu takiego filmu po prostu brakuje.
"Piraci" są świetni na takie popołudnia, ja też pewnie sobie dziś przypomnę ;-)
Okej, trzeba przyznać, że "Piraci z Karaibów" nie byliby chyba nawet w połowie tak fajnym filmem, gdyby nie postać Jacka Sparrowa. W "Czekoladzie" w ogóle się go nie spodziewałam, za to na "Transcendencję" poszłam ostatnio z premedytacją ;). Znajoma twarz na plakacie to zawsze jakiś punkt zaczepienia.
OdpowiedzUsuńBardzo lubię Deppa jako Willy'ego Wonkę. Wiem, że sporo ludzi uważa, że remake "Charliego..." nie jest najlepszym z możliwych pomysłów, ale ja go lubię, o.
To akurat nie do podważenia. W ogóle ostatnia część byłaby okropna, gdyby nie Sparrow, a tak to jest jedynie niestrawna (a to co kapitanowi Jackowi zrobili, to w ogóle coś strasznego).
Usuń"Transcendencji" się boję, bo ani Mroczne cienie ani Jeździec znikąd to nie są moje ukochane filmy. Szczerze mówiąc, to w ogóle do końca nie wytrzymałam...
Willy Wonka? Lubię ten film, duża zasługa w tym również Freddiego (strasznie lubię tego aktora w dziecięcej odsłonie), co jakiś czas oglądam, lecz Johnny jest tam... dziwny? Miejscami aż za bardzo. Jednak tak, też lubię. Choć raczej tak na poziomie Alicji z Krainy Czarów, a nie wymienionych w poście filmów. :-)
Co do "Transcendencji" - trochę słusznie. Choć nie wydaje mi się podobny do "Mrocznych cieni" (które swoją drogą nawet całkiem by mi się podobały, gdyby nie zakończenie zupełnie bez sensu i od czapy), ale fakt, nie jest to przesadnie dobry film. Chociaż bardzo zły też nie jest.
UsuńRaczej nie podejrzewałabym Transcendencji o podobieństwo do Mrocznych cieni, raczej po prostu obawiałam się tej tendencji spadkowej. No i sama tematyka jakoś nie zachęcała ;)
UsuńOch, tak, Benny i Joon! Cudowny film.
OdpowiedzUsuńCzemu nie ma w zestawieniu Fear and Loathing in Las Vegas?
Z tego prostego powodu, że cały czas podchodzę do niego jak pies do jeża i jeszcze mi się nie udało obejrzeć.
UsuńTo ja zachęcam. Szalenie. Cudowności:D
UsuńChętnie obejrzę ,,Benny'ego i Joon". Pierwsze słyszę o tym filmie, ale poczułam się zachęcona do zapoznania się z nim:)
OdpowiedzUsuńPolecam, chyba najmniej znany z całego zestawienia, a warty uwagi :)
Usuń