czwartek, 26 czerwca 2014

Ukochany film.

Trudno zabrać mi ułożyć słowa, dopasować jedno do drugiego i jeszcze być z tego zadowolonym. Może przede wszystkim dlatego, że film, o którym chciałabym opowiedzieć jest złożony z obrazów. Nie ma tam za wiele dialogów, wszystko rozgrywa się na poziomie gestów, krajobrazów, spojrzeń. I taki też chyba będzie ten post.



Historia zaczyna się w pewnym pustym mieszkaniu, którego okna wychodzą na ruchliwą, kolorową ulicę. Dziewczyna, właścicielka mieszkania zapewne, zaopatrzona w plecak, milcząca, zamyślona, wsiada w samochód i rusza przed siebie.


Potem widzimy już tylko piękną Irlandię. Samotną, zieloną, ożywającą co jakiś czas, sprawiającą, że i my żyjemy. Widzimy też wędrówkę, spokojną, milczącą, pełną niewypowiedzianych gestów i powolnego odradzania się, często wypełnionego strachem. Widzimy opowieść o zostawianiu wszystkiego za sobą, powstawaniu z popiołów, choć wydaje nam się, że atmosfera jest wręcz depresyjna.


Potem pojawia się on. I chciałoby się powiedzieć, że historia się dopiero zaczyna. A tak naprawdę, ona trwa i to wszystko od początku do końca jest ważne. Zresztą, on jest, ale go nie ma. Też jest krajobrazem.


Potem znowu jest dużo krajobrazu, aż wreszcie jest puenta. I my, zachwyceni.


Bo ten film jest tak cichy, wydaje się być tak depresyjny, tak melancholijny i tak smutny, że gdy po obejrzeniu uświadamiamy sobie, jak wielką on niesie nadzieję, nie możemy wyjść ze zdumienia. 


I chociaż chcielibyśmy powiedzieć tak wiele, opowiedzieć o tych wszystkich drobnych radościach, wydawać by się mogło nic nie znaczących niuansach, to słów po prostu brakuje. Bo tak naprawdę, już teraz okropnie otarłam się o spoiler, prawie psując całe szczęście oglądania. A i tak nie powiedziałam najpiękniejszego. I nie chcę mówić. Nie chcę wymieniać tych wszystkich perełek. Obejrzyjcie.

A kiedyś i ja rozwinę każde z tych zdań, bo każde jest małym wątkiem i kiedyś zachwycę się jeszcze raz. Gdy słowa dojrzeją, gdy zaczną się rumienić i nie będą ubrane w chłodne emocje. Wtedy opowiem o nadziei, Irlandii, muzyce, przeszłości, spakowanym plecaku, morzu, ławce i dłoniach.

Kiedyś. Bo gdyby się tak zastanowić, to przecież nic osobistego...

"Nothing personal", reż.Urszula Antkowiak, 2009

*Oczywiście tytuł troszkę naciągany, bo operuję kilkunastoma tytułami filmów, które tasując się są bez zastanowienia nazywane tymi jedynymi. I wcale nie przeszkadza mi, że jeszcze wczoraj krzyczałam, że "Pół żartem, pół serio" to mój ukochany film. Bo to prawda. Lecz "Nothing personal" też jest moim ukochanym.

2 komentarze:

  1. Uwielbiam melancholijne filmy rozgrywające się na magicznym odludziu. Dzisiaj raczej nie dam rady, ale już jutro obejrzę ,,Nic osobistego".

    OdpowiedzUsuń
  2. Obejrzę, to pewne, tylko nie wiem kiedy. Ale wiesz, ja jak mówię, że coś zrobię to to zrobię, tylko z... hm, malutkim, opóźnieniem. ;)

    OdpowiedzUsuń