piątek, 6 czerwca 2014

Letnie wspomnienie


Z Bergmanem jest tak, że wszystko już o nim powiedziano, tysiące słów wirują wokół jego nazwiska w poważnych książkach, długie teksty piętrzą się na profesorskich katedrach. Szwedzki reżyser urósł do rangi  geniusza kina, jego filmy są tymi trudnymi, poważnymi, które wymagają skupienia, ciszy. Znawcom wstyd nie znać, laikom strach oglądać. Tysiące mitów, interpretacji i wymagań... kto chce sprawdzać, czy przypadkiem nie jest za głupi na oglądanie takiego kina?


Lecz u Bergmana w "Letnim śnie" to własnie jest najpiękniejsze. Zestresowany człowiek, gdy już się zdecydował, siedzi nerwowo na samym brzegu krzesła i czeka na seans. Zaczyna się, spokojnie, a widz nie pamięta już o wszystkich interpretacjach i określeniach, widz zatapia się w tym filmie, powoli się zakochuje, spokojnie spaceruje przez kolejne kadry...


Sama historia była oczywiście jedną z tych, gdzie wszystko rozgrywa się raczej na poziomie słów i gestów. Opowieść o letniej miłości, opowieść o przeszłości, która tak bardzo wpływa na naszą przyszłość. Balet w tle, sceny współczesne teatralne z kwintesencją, czyli klownem na sam koniec.

Jest fabuła, kulminacja, wszystko oprawione w czarno-białe zdjęcia, na które trudno się napatrzeć. Spokojnie wszystko płynie, dając wrażenie obecności w dusznym kinie rodem z XX wieku. Tak naprawdę tam Bergman zawiera się jedynie w charakterystycznych dialogach, gdzie w kilku słowach zadaje pytania, stara się odpowiedzieć, choć tak naprawdę cała odpowiedzialność spoczywa na widzu, któremu jedynie się coś sugeruje, otwiera oczy.

A my siedzimy, czując, że to było pozytywne zakończenie, rozmyślając i nakładając kalki - ich zdjęcia na swoje. Zaraz też spostrzegamy, że to wszystko tak cholernie pasuje, że aż boli. I można by nie mówić nic więcej...


Tylko to jest jednocześnie strasznie ładny film. Czarno-biały, jakby nie z tego świata, przechadzający się po krawędziach Szwecji. Jeden zły krok i możecie wpaść. A tak tylko spoglądacie, na drewniane domy, ukryte łzy i rosnące z minuty na minuty napięcie, które ktoś subtelnie przetyka sielskością.

Czytałam jakiś czas temu wypowiedź, że Bergmana nie musicie rozumieć i czuć się głupio. To Bergman musi rozumieć was i to on nie tworzy jakiegoś hermetycznie odciętego kina, on wyciąga do nas ręce. Tworząc dobry film. Z refleksją, bez refleksji... To jest strasznie dobry film. Może i ukrywa gdzieś kolejne poziomy interpretacji i samotności, których nie zauważyłam. To nie jest ważne. To jest magia Bergmana. On ma na nas oddziaływać, a jak oddziałuje, sprawia, że wracacie raz za razem, to znaczy, że warto.

Poza tym, ten film paradoksalnie niesie jakiś skrawek nadziei ukryty za sztucznym nosem. Rzadko spotykany widok. Warty zapamiętania widok...

"Letni sen" reż.I Bergman, 1951, Szwecja

2 komentarze:

  1. Napiszę tylko jedno słowo – obejrzałam. :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To teraz jeszcze Jezioro Osobliwości dla równowagi i choć kawałek powiązań kulturalnych będzie przybliżony ;)

      Usuń