wtorek, 24 czerwca 2014

Historia w kilku smutnych aktach

Nie tak dawno temu żył sobie pewien pisarz. Uwielbiany, ceniony i rozchwytywany. Czytelników miał na całym świecie, niektórzy twierdzili nawet, że jest geniuszem i umieli stać długie godziny w kolejkach, tylko po to, by w dzień premiery dostać jego najnowszą książkę. Inni widzieli, że choć może nie znajdzie się w jego twórczości zaskoczeń, zdań i spostrzeżeń, które zapiszą go na złoto w historii literatury, wcisną w wypchany do granic możliwości kanon, to cały czas będą to książki w których jest dużo nawiązań do ulubionych twórców, dużo opisów samotności, miłości, wielu introwertyków, ładnie zestawionych słów i światów, które umieją oczarować, opisać co dzieje się w duszach czytelników.

Pewnego dnia jednak pisarz doszedł do wniosku, że można jedną długą historię opowiedzieć jeszcze dłużej. Nie od dziś wiadomo bowiem, że mole książkowe łase są na ładne zestawienia słowne, opisy i więcej czaru niż zwykle oferują im pisane nieprawną ręką książki debiutantów. Co najlepsze, mole książkowe zazwyczaj o tym nie wiedzą, bo opisy kojarzą im się z długimi fragmentami Nad Niemnem czy Władcy Pierścieni i stereotypami powtarzanymi w mediach - opisy to zło. A tak na prawdę, pisarze fundują im długie opisy, a oni nic, tylko się zachwycają. Więc pisarz postanowił - będzie jeszcze dłużej niż zwykle. Zamiast jednej książki zrobię trzy, bo i historia jest obszerna i opisów można dodać co nie miara.

Jak pomyślał tak zrobił.

A po trylogię sięgnęła czytelniczka zaznajomiona i zaprzyjaźniona z jego twórczością, zachęcona już ładnym tytułowym nawiązaniem do lubianego Orwella. I czytelniczka była zdziwiona. Najpierw tylko zdziwiona - bo historia zaczęła kroczyć w kierunku dla pisarza nieznanym, próbowała jakieś społeczne problemy poruszać i otwierać oczy? Czytelniczka nie była pewna, ale tak to wyglądało. Poza tym, książka była długa. Nie długa objętościowo, długa opisowo - jedna, głupia i najzwyczajniejsza czynność zajmowała stronę, coś poważniejszego, jak zabicie kogoś, stron 100. I tak czytelniczka zasypiając widziała jak zabójca wchodzi już do pokoju i jest sam na sam z ofiarą i już, już jest prawie pewna, że dziś się dowie, co się dzieje, a tu dostaje jeszcze kolejne kilkadziesiąt stron popisowego lania wody, za które w szkole by punkty odjęli i kolejne zdania powykreślali, by wreszcie po dwóch dniach przeczytać, że tak, ze spokojem go zabito. Mówi się, że system szkolnictwa to coś strasznego, lecz czytelniczka miała ochotę oddać książkę prosto do swej Polonistki, która ładnie by okroiła tę powieść.

Lecz czytała dalej. Zabili to zabili, historia zrobiła się wreszcie bardziej charakterystyczna, taka, jakiej po tym pisarzu można było się spodziewać. I przeminął tom pierwszy, troszkę nużący, lecz jednocześnie cały czas na poziomie. Drugi był gorszy. Może nie historiowo, lecz pod względem opisów. W trzecim czytelniczka się załamała, rozpłakała i tak tragicznie by się zapewne skończył ten dramat w kilku aktach, lecz ona postanowiła walczyć dalej i czytała i odkładała. Aż wreszcie się poddała. Ze smutkiem.

Bo trudno nie zauważyć, jak ładna jest sama historia. Są dwa światy, są dwa księżyce na niebie, jest uczucie tak lekkie, że na początku niezauważalne, są nawiązania do wielu książek, do kotów, są bohaterowie, którzy fascynują, łączą się historie najzwyczajniejsze z niezwykłymi do granic możliwości. Jest książka magiczna, jest pewna poczwarka, są tajemnicze stworzonka. Nie mogło być lepiej.

Tylko tego nie da się czytać. Po myślach omotanych w proste zdania, których jest zdecydowanie za dużo i które układają się w piętrowe akapity o niczym, czytelniczka zaczęła powoli zauważać, że nie wie, o czym dokładnie czyta, że wszystko jej się zamazuje i gubi sens, bo słów jest tak dużo i żadne nie chce jej zaprowadzić w konkretne miejsce. I że choć historia mogła być genialna, a jest jedynie dobra, to ona wcale nie ma ochoty czekać na rozwiązanie, szczególnie, że sam autor w pewnej chwili sprawia wrażenie, jakby zapomniał, że cokolwiek ma skończyć.

I może to wszystko zadziałało na ludzi, którzy musieli rok czekać na kolejny tom, nie było takiego zderzenia, a jedynie troszkę zdziwienia, jak przy pierwszym tomie czytelniczki. A gdy czyta się trylogię hurtem...

... cóż, ostatni tom do dziś kurzy się na szafie. Może kiedyś i czytelniczka się dowie, jak to wszystko się kończy i czy w ogóle się kończy.

Na razie jednak po prostu nie pamięta, czyta ładniejsze rzeczy. Takie, które czytać się da.

Trylogia 1Q84, H.Murakami, Muza, tł.A.Zielińska-Elliot

zdjęcia z tumblra, o z tego. I z tego trochę też.

Ps. Niektórzy ludzie są już bardzo szczęśliwymi ludźmi i mają Only Lovers Left Alive na DVD. Z dodatkami. I podzielili się wyciętymi scenami, tym samym robiąc innych ludzi jeszcze bardziej szczęśliwymi. Słowem, tym mniej szczęśliwym zaleca się obejrzeć, szczęście wzrasta, sprawdzono.

niedziela, 22 czerwca 2014

10. Wieczorem...


Leopold Staff
La Rochefoucauld

Ja nie nudzę się nigdy.
Ledwo tylko się zbudzę,
Głowę wciąż mam zajętą.
Kiedy jednak się nudzę,
Biorę książkę do ręki,
Siadam w oknie wygodnie
I patrzę na ulicę,
Jak się snują przechodnie.

środa, 18 czerwca 2014

Niezobowiązująco.


Wreszcie nadszedł czas na, gdy mogę sobie siąść nie myśląc o tym, co jutro jest niezbędnego do zrobienia, co jeszcze dziś muszę wypełnić, choć wcale nie mam ochoty. Wakacje, wreszcie, po raz pierwszy chyba aż tak wyczekiwane wakacje. I w wakacyjnym nastroju postanowiłam stworzyć stos. Na najbliższe dwa długie, niezapomniane miesiące, które chociaż po części będą wypełnione książkami.