wtorek, 22 października 2013

Samotność w wielkim mieście ("Ukryte godziny" D. de Vigan)

Dzisiaj musicie zapomnieć o Paryżu, jaki żyje w waszych snach, jakim przepełnione są wszystkie opowieści. Że wieża Eiffla, że belle epoque, że Edith Piaf… Dzisiaj miasto oglądane będzie oczami paryżanina. Żadnego turysty z głową wypełnioną stereotypami. Człowieka, dla którego Paryż to droga dom-metro-praca...

Tym razem czeka na nas opowieść o Mathilde – samotnej matce trzech chłopców, która zaczyna mieć problemy w pracy. Jak to się dokładnie nazywa? Mobbing, bodajże. Szef jednego dnia zaczyna odsuwać ją od kolejnych projektów, pozbawia biura, udaje, że nie dostał jej maili...  Kobieta zostaje wręcz wciągnięta w pułapkę własnych myśli, najpierw starając się zrozumieć, co robi źle. Potem walcząc z tym. Nie wie tylko, że szybkiego, dobrego rozwiązania nie ma.
Równocześnie toczy się historia Thibaulta -samotnego lekarza, który właśnie rozstał się z dziewczyną i aktualnie całkowicie oddaje się pracy.

Troszkę schematyczne, jak to bywa w takim przypadku. Jednak jest coś, co wyróżnia  tę powieść. Normalnie wszystko powinno dążyć do momentu przełomowego, gnając z zawrotną szybkością. Tutaj w ogóle trudno znaleźć jakikolwiek moment przełomowy. Jesteśmy tylko my i bohaterowie, których drogi wiją się na wszystkie strony, nieprawdopodobnie blisko siebie, muskając się czasami.

I schemat się kończy. Zaczyna się dobra proza, niebanalna, o tym na co choruje teraz społeczność, mimo wszechobecnych uśmiechów i Dobrych Wróżek, mówiących: zrobisz to i będziesz szczęśliwy! czy myśl pozytywnie!. Zaczyna się opowieść o samotności, o chęci ucieczki, o strachu. Po prostu. Proza, której zawsze brakuje i  na którą zawsze zapotrzebowanie jest.


Jest też wielkie miasto. Paryż odgrywa niebanalną rolę. Nie w sensie komercyjnym, nie patrząc przez pryzmat zabytków, stereotypów, które wkładane nam są do głowy od małego . Paryż, mógłby być też Londyn, Nowy Jork, Madryt... Paryż, wielki, dudniący, pełen samotnych, mijających się w biegu ludzi.

Dwójka, której się przyglądamy, nadająca się cudownie do komedii romantycznej, odkrywa przed nami swoje drugie oblicze - pełne rozterek, pytań, niepewności, załamań.  Zazwyczaj zrezygnowane, boleśnie doświadczone. Samotne oblicze, które często ludzie chowają gdzieś głęboko przed innymi. Oblicze, które tak na prawdę, nas wszystkich łączy.

Jednak trzeba wspomnieć, czego tej książce zabrakło - duszy. Paradoksalnie, zbudowana jest cała na uczuciach, a uczuć czasem jej brakuje. Pani de Vigan nie posiada jeszcze (albo już?) rozmachu artysty, widać tylko świetnego rzemieślnika, który panuje nad wszystkimi postaciami, myślami, stylami, konstrukcjami. Bo warsztatowo książka jest świetna. Ale to jeszcze nie jest geniusz, i by wdrapać się jeszcze wyżej, potrzeba odrobiny czegoś. Dlatego książka może zginąć, wśród innych.

Mimo to, cały czas to dobra literatura. Takiej, jakiej czasem nam potrzeba. Po jakiej trudno się ruszyć z miejsca. Wstać i iść.

źródło zdjęcia,  źródło drugiego zdjęcia

"Ukryte godziny" D. de Vigan, wyd.Sonia Draga, 2010, tł.S.Kluza

niedziela, 20 października 2013

5.Wieczorem...


"List do pozostałych" E.Stachura

Umieram
za winy moje i niewinność moją
za brak, który czuję każdą cząstką ciała i każdą cząstką duszy,
za brak rozdzierający mnie na strzępy jak gazetę zapisaną hałaśliwymi nic nie mówiącymi słowami
za możliwość zjednoczenia się z Bezimiennym, z Pozasłownym, Nieznanym
za nowy dzień
za cudne manowce
za widoki nad widoki
za zjawę realną
za kropkę nad ypsylonem
za tajemnicę śmierci w lęku, w grozie i w pocie czoła
za zagubione oczywistości
za zagubione klucze rozumienia z malutką iskierką ufności, że jeżeli ziarno obumrze, to wyda owoc
za samotność umierania
bo trupem jest wszelkie ciało
bo ciężko, strasznie i nie do zniesienia
za możliwość przemienienia
za nieszczęście ludzi i moje własne, które dźwigam na sobie i w sobie
bo to wszystko wygląda, że snem jest tylko, koszmarem
bo to wszystko wygląda, że nieprawdą jest
bo to wszystko wygląda, że absurdem jest
bo to wszystko tu niszczeje, gnije i nie masz tu nic trwałego poza tęsknotą za trwałością
bo już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem
bo wygląda, że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku
bo już nie potrafię kochać ziemską miłością
bo noli me tangere
bo jestem bardzo zmęczony, nieopisanie wycieńczony
bo już wycierpiałem
bo już zostałem, choć to się działo w obłędzie, najdosłowniej i najcieleśniej ukrzyżowany i jakże bardzo i realnie mnie to bolało
bo chciałem zbawić od wszelkiego złego ludzi wszystkich i świat cały i jeżeli tak się nie stało, to winy mojej w tym nie umiem znaleźć
bo wygląda, że już nic tu po mnie
bo nie czuję się oszukany, co by mi pozwoliło raczej trwać niż umierać; trwać i szukać winnego, może w sobie; ale nie czuję się oszukany
bo kto może trwać w tym świecie - niechaj trwa i ja mu życzę zdrowia, a kiedy przyjdzie mu umierać - niechaj śmierć ma lekką
bo co do mnie, to idę do ciebie Ojcze pastewny żeby może wreszcie znaleźć uspokojenie, zasłużone jak mniemam, zasłużone jak mniemam
bo nawet obłęd nie został mi zaoszczędzony
bo wszystko mnie boli straszliwie
bo duszę się w tej klatce
bo samotna jest dusza moja aż do śmierci
bo kończy się w porę ostatni papier i już tylko krok i niech Żyje Życie
bo stanąłem na początku, bo pociągnął mnie Ojciec i stanę na końcu i nie skosztuję śmierci.

sobota, 19 października 2013

Moje książki na jesień.

Jest coś magicznego w tych jesiennych wieczorach i jesiennych stosach. Mój wybrakowany już trochę i wciąż uzupełniany na owo, rozgościł się dziś na biurku, przypominając mi o lekturach, na które czekałam już długo, lub które są splotem przedziwnych przypadków. Nazbierało ich się trochę, jednak od czego są długie wieczory przy dobrej organizacji?


Pierwsza, niepozorna Małgorzata Musierowicz, której "Frywolitki 2" mam zamiar sobie odświeżyć. Poza tym, wreszcie będę czytała własny egzemplarz i kreśliła w nim na każdej stronie! Dalej mój pierwszy Pratchett, już zaczęty, już się podobający, czyli "Ciekawe czasy". Znalazły się w stosie i wreszcie doczekały uwagi"Listy" Marii Dąbrowskiej i Jerzego Stempowskiego, kupione jakiś czas temu w Matrasie. Nie zapomniałam o Inspiratorach i pogłębiam znajomość z Astrid Lindgren - "Opowieść o życiu i twórczości", czyli biografia pióra Margaret Stromstedt i "Ramus, rycerz Białej Róży". Powoli rozpoczynam przygodę z wydawnictwem Czarne - na (prawie) pierwszy ogień idą "Farby wodne" Lidii Ostałowskiej. "Winter journal" to mój kochany Auster, którego czytam wyrywkowo (przez ten język), ale w stosie musi być. "W drodze", czyli kolejny klasyk do nadrobienia. Utknęłam w połowie. Na koniec coś wiktoriańskiego, by uciszyć wyrzuty sumienia, czyli "Trzech panów w łódce" (rzuciłam "Północ i południe", zupełnie do mnie nie przemówiło!)


Drugi stos, zdecydowanie bardziej dystyngowany, pewnie przez to, co zawiera. W okropnym formacie Tolkien dla dzieci, czyli "Rudy Dżil i jego pies. Kowal z Podlesia Większego". Z ukochanej serii młodzieżowej "Góra Czterech Wiatrów" Marii Kann. Zainspirowana recenzją Kingi, wyciągnęłam też Indian z półki - "Złoto Gór Czarnych" Alfreda Szklarskiego (chyba nigdy nie przeczytałam...). Dalej "Udręka i ekstaza", czyli rzecz Mistrza o Mistrzu. Prawie skończona, cudowna "Kwatera Bożych Pomyleńców" - czyli dobrze napisane o książkach, anegdotkach życiowych, z powstaniem w tle. No i na koniec niepozorna, absolutnie nie przykuwająca wzroku, ale wreszcie moja! Autobiografia Małgorzaty Musierowicz - "Tym razem serio". I wcale nie wydałam 200 złotych, których życzyli sobie na pewnej znanej stronie na a.

A co wy przygotowaliście sobie na jesień?

Zapraszam do zakładki wymiana (na górze strony)